Dark chocolate

Zgodnie z obietnicą, Łucja powróciła...


Chcę powiedzieć, iż bardzo stęskniłam się za czytaniem Waszych blogów, za Waszymi opiniami i mailami. Jednak zabójczo szybko przywiązuję się do ludzi...dla niektórych na nieszczęście ;) Dajcie mi tydzień na nadrobienie zaległości (wystarczy?;)) - po tygodniu jedzenia śniadań w biegu, w samochodach, nie ma nic przyjemniejszego niż jajecznica z papryką i pieczarkami na normalnym stole, w mojej kuchni z moim ukochanym komputerem, czytając Wasze posty :)


Nie sposób streścić mi wszystkiego, co działo się podczas Festiwalu Infekcja Kulturalna, którego byłam organizatorem, ani tego, jak przebiegała moja praca w roli kostiumografa. Jedno jest pewne - gdyby nie moja przyjaciółka - Martyna, która pasła mnie słodyczami, gdy było mi źle, była ze mną w każdej minucie, nawet wtedy, gdy złe wiadomości dotyczące organizacji moich przedsięwzięć sypały się na moją głowę jedna za drugą, pomagając znaleźć mi wyjście z sytuacji i driftowała swoją Niebieską Strzałą w noc i deszcz, po to, by bezpiecznie dowieźć mnie na czas we wszystkie miejsca, w których potrzebowali mnie ludzie nieustannie dręczący moje oba telefony. Jej pomoc jest nieoceniona, ona sama bezcenna i gdyby nie ratowała mojej głowy, z pewnością pewnego dnia postanowiłabym zamknąć się w swoim domu, zarzucić kołdrę na głowę i udawać, że wyjechałam. Dziękuję Ci, Martyna, że mi na to nie pozwoliłaś.

Festiwal kompletnie mnie wykończył, pobiłam też swój rekord nieprzespanych godzin i kontuzji, ale dziś jestem dumna z tego, że wytrwałam, trzymając się na nogach, dopóki nie wyjechał ostatni gość.
Moja praca jako kostiumograf...no cóż, choćby nie wiem, jak mnie błagali, nigdy więcej nie zgodzę się na przygotowanie kostiumów do czegokolwiek, w czym występują znani aktorzy. To była ciekawa przygoda, wiele nauczyła mnie o tym ile wysiłku potrzeba, by nakręcić choć jedną scenę, ale aktorskie fochy zdecydowanie nie są na moje nerwy. Tyle o filmach i festiwalach.


Kiedyś usłyszałam o sobie, że "Moje życia zasuwa jak chomik w kołowrotku". Nie ma co się rozdrabniać - musicie przywyknąć do mojego nowego koloru włosów ;) To ciemna czekolada, ale będzie zmieniała odcień z każdym myciem...aż za miesiąc znudzi mnie bycie brunetką i wymienię brązy na elektryzujący odcień rudego. Mam nadzieję, że mimo wszystko, przypadnie Wam do gustu :)

Zanim przejdę do tak prozaicznego tematu, jak ciuchy, to chciałabym zdradzić Wam sekret, że aktualnie robię zdjęcia z nową ekipą - brata wymieniłam na Osobistego Fotografa, którym jest moja najlepsza przyjaciółka, no i zaszalałam, sprawiając sobie Dyrektora Kreatywnego. Ta tajemnicza postać będzie przewijała się na moich zdjęciach, dbając, by wszystkie moje kończyny wychodziły na zdjęciach tak, jak trzeba(podobno), jednocześnie umilając czas i inspirując do nowych rozwiązań(?). Pragnę jednak podkreślić, że Dyrektor Kreatywny jest mój i nie pożyczam ;)


Noooo dobra, to już powiem o tych ciuchach:


- Koszula - tak naprawdę należy do mojego brata. Kupiłam mu ją kiedyś, ale nigdy jej nie nosił, a mi tak strasznie się podobała...dał mi ją, gdy potrzebowałam ciuchów do zniszczenia podczas prób przy kręceniu filmu. Było mi jej zbyt szkoda...i ją przygarnęłam, nie przypuszczając, że tak szybko znajdę dla niej zastosowanie.

- Spodenki - tak naprawdę były jeansami o kroju dzwonów, które dostałam od zaprzyjaźnionej właścicielki lumpeksu. Obcięłam nogawki, wystrzępiłam jeans, niedbale obszyłam nogawki, dodałam ćwieki...wymagają jeszcze pracy, ale wiecie...zrobiłam je w pół godziny, o 2 w nocy myśląc intensywnie nad scenariuszem. Trzeba im wybaczyć...popracuję jeszcze nad nimi :)

- Kamizelka - Troll

- Kokarda - z szarf, które dostałam w prezencie od właścicielki lumpeksu.

- Legginsy - Vila

- Pasek - Stradivarius - kupiony dwa lata temu, na wyprzedaży za grosze (wtedy jeszcze nie było szału na ćwieki)

- Buty - H&M (były naprawdę wygodne...aż do dzisiaj. Mimo wszystko, polecam)












Seria tych trzech zdjęć ukazuje moje pozy przed i po wkroczeniu do akcji Dyrektora Kreatywnego. Trzeba przyznać...ma gościu wyczucie ;) Taki Dyrektor Kreatywny to dobra rzecz, zaanimuje nawet kawałek drewna ;)












Krótki post nie na temat...

Dzisiaj będzie kompletnie nie na temat. Żadnych ubrań, ani pomysłów, ale za to bardzo uczuciowo ;)


W założeniu to miał być blog o inspiracjach do pracy i wszystkim dookoła, tak więc mogę sobie chyba pozwolić na takie odchylenie od tematu? "Ciuchy to nie wszystko" ;). Przez ostatnie pół roku bardzo przywiązałam się do Waszych blogów - to dość zaskakujące i sama nie wiem, skąd mam tyle czasu na czytanie wszystkich ze swojej listy, jak i tych obserwowanych, ale już nie zawsze ten czas mam na napisanie kilku słów - pamiętajcie jednak, że zawsze się staram :) W związku z nadmiarem pracy znikam na jakieś dwa tygodnie. Nie wiem, jak wiele osób czuje się na tyle związanych ze mną, że byłoby zdolne do martwienia się o coś, co nosi różowe włosy, ale uznałam, że nie chciałabym, by ktoś poczuł się rozczarowany, czekając na mój wiecznie długi komentarz ;)
Jak już kiedyś napisałam - ludzie są dla mnie najważniejsi i nie ma znaczenia, czy ich znam osobiście, czy nie. Po prostu Was lubię...co tu dużo mówić ;)


W ciągu dwóch tygodni, a konkretniej 4 kolejnych dni stanę przed czymś, co ma dużo większe zęby niż matura, ale znacznie mniejsze niż studia i morelowe ściany:


- czeka mnie wielki, wypasiony festiwal Infekcja Kulturalna, Festiwal Młodych Aktywnych, którego wraz ze swoimi przyjaciółmi jestem organizatorem. Wierzcie, bądź nie, ale zorganizowanie czegoś, w czym samych organizatorów i współorganizatorów jest około 100 i wszyscy razem na sam koniec mają wykonać performance zakończony pokazem fireshow nie jest łatwe. Tym bardziej, że nagle sufit spada mi na głowę i jest 1000 spraw, które wymagają mojej uwagi, albo wymagają uwagi kogoś innego, ale ja i tak się stresuję, że znów coś nawali. Gdyby ktoś jednak miał chęć wybrać się na Infekcję, podczas której odbędą się całkowicie darmowe warsztaty żonglerki kontaktowej, gry na djembe, salsy kubańskiej, fotograficzne, akrobatyczne i masę innych, prowadzonych przez kompletnie zarażonych pasją profesjonalistów - piszcie na mail. Postaram się zrobić wszystko, by Was tutaj zainstalować ;)


- mam 4 dni na to, by wykonać kostiumy do filmu, przy którym jestem zatrudniona. Na temat filmu niestety nie mogę nic powiedzieć, ale bardzo bardzo chciałabym podziękować mojej przyjaciółce - Kasi S., która, gdy przyszło podawać jej nazwisko projektanta, pamiętała o mnie oraz Bartkowi - reżyserowi filmu, za danie mi szansy współpracy z moimi ulubionymi aktorami ;)


Wszelkie słowa otuchy mile widziane, choć nie jestem przekonana kiedy przyjdzie mi je przeczytać. Na pewno jednak będę myślała w przerwach między myśleniem o festiwalu, o koszulkach w fioletowe koty(bo bym bardzo chciała mieć fioletowego kota, ale niestety takich nie produkują) marchewkowej J.Z, o tym, czy Balbina jeszcze żyje ze swoim francuskim na niemieckiej ziemi, czy Kotowa, nazywana przeze mnie Angie od ulubionej piosenki Stonesów złożyła w końcu relację z Selectora, Baglady pokazała nowe zdjęcia Tola jako rockmana, a Lumpexlover w końcu przybędzie do domu, bo mieszka o rzut burakiem ode mnie i aż nie wypada, żebym dowiadywała się o jej istnieniu z blogspota...i o masie innych, wspaniałych blogów, których czytanie sprawia, że moje poranki są mniej bolesne, bo skupiam się na tym, co tam ciekawego wymyśliłyście, a nie na tym, że za chwilę ktoś będzie chciał mi urwać głowę ;) No dobra, czasem jeszcze myślę o wakacjach...ale ja wakacje miewam dopiero we wrześniu, kiedy mój brat może mi potowarzyszyć, bo wakacje ze starszym bratem, tłukąc się o to, czy klimatyzacja w nocy ma być włączona, czy nie, są o wiele ciekawsze - 'hardkor', jak to się mówi ;)

A tak całkiem na serio, żeby nie było, że różowe jest głupie, nie ograniczam się do myślenia o blogach i wakacjach z moim jeszcze bardziej stukniętym niż ja sama bratem, chociaż przyznam, że czasem bardzo chciałabym móc myśleć tylko o tak przyjemnych rzeczach...

A nagrody zdobywają...

Konkurs z nagrodami ufundowanymi przez sklep Fabryka Motyli dobiegł końca. Na samym początku chciałabym serdecznie podziękować wszystkim za udział - czytanie Waszych opowieści sprawiło mi masę radości i naprawdę wiele się dowiedziałam...w szczególności o rosyjskich samowarach i poprzecznych wieszakach (naprawdę nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje) ;).
Większość osób otrzymała nagrody, które miała na wyznaczonym przez siebie pierwszym miejscu...a Ci, którzy dostali te z drugiego, niestety nie byli dostatecznie szybcy ;)

Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że nikt tutaj nie jest przegrany - wszyscy zwyciężyliście, a Wasze opowieści niech będą miłą lekturą dla tych, którzy nie wysłali swojego zgłoszenia, bo bali się jury ;)))

Zawsze chciałam pełnić rolę Świętego Mikołaja, ale nigdy jakoś nie było okazji...aż do teraz. Tak więc moi Kochani Czytelnicy, NAGRODY OTRZYMUJĄ:



Nagroda NR 1 - Zestaw kubków "A man made me crazy".





- Monika, znana wszystkim jako Jukejka - autorka strony Matka polka w UK, a jej zwycięska dekoracja to srebrne ramki, wykonywane razem z córką Julcią, którymi zamierza zapełnić jedną ze ścian swojego salonu. Deklaruje, że wszelkie krzywizny i niedociągnięcia są zamierzone - miało być widać pracę ich rąk :)





- Anuszka, autorka bloga Ciuszki Anuszki - Anuszka powaliła mnie historią odnowionego przez siebie kuchennego stołu. W szczegóły wdawała się nie będę - wystarczą dwa zdjęcia poniżej i wszystko jasne. Jak dla mnie, powinna zajmować się ratowaniem mebli zawodowo ;)







- Anita - autorka bloga Amateur Fashionist, której historia drewnianego piórnika zalatuje najlepszym gatunkiem fantasy - pomęczcie Ją, a na pewno opublikuje swoją opowieść ;) Myślę, że zdjęcia są na tyle tajemnicze, by chcieć wydusić od Niej więcej :)))






Nagroda NR 2 - Zestaw kubków "The best things".





- Magdalena, czyli Madziorka - autorka bloga Madziorki ciuchowe zbiorki. Magda przysłała mi historię zakupu szafy na płaszcze. W związku z tym, że jej przygoda ma wiele nagłych zwrotów akcji, umieszczam ją w oryginale ;) :

"Kiedy przenosiłam się na studia do Warszawy razem z moim narzeczonym
wynajęliśmy mieszkanie. Bardzo ładne mieszkanie w bardzo ładnej okolicy
i za całkiem ładne pieniądze :) Pokój był fajnie umeblowany, ale
brakowało nam szafy w przedpokoju. Takiej na płaszcze zimowe, czapki,
rękawiczki, odkurzacz... Ale nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. W
stolicy w końcu jesteśmy. Od czego jest IKEA??!! Hmm... Ale jak to
możliwe, że w IKEI nie ma "normalnych" tanich szaf?! Tylko na zamówienie
te wielkie garderoby... W innych sklepach albo drogo albo nie te wymiary
albo nie transportują, a ja raczej na plecach tramwajem sobie nie
przywiozę... Oj co my przeszliśmy z tą szafą... W końcu jest! Sklep
internetowy Abra Meble. Szafa o idealnych wymiarach, przeceniona na
230zł i dowożą do domu. Wprawdzie za dodatkową opłatą 40zł, ale i tak
wychodziło to taniej niż najtańsza na Allegro. Do tego była trochę
większa. Klik i jest moja :)
Przyszedł pamiętny poniedziałek, ciężarówka podjechała przed blok, za
10zł panowie nawet mi wnieśli na górę. Narzeczony wrócił z pracy
otwieramy i... co tak dużo tych desek ??? O nie... Już tyle tych szaf
oglądałam, że wszystko mi się jakoś pomieszało i ta nasza piękna,
idealna szafa zamiast belki do wieszania wieszaków okazała się mieć
półki (a tam miały wisieć płaszcze :( ), ale dobra nie poddajemy się.
Belkę można dokupić! Tak tylko mądra moja głowa nie sprawdziła ile ta
szafa ma głębokości. Tam się nie zmieści wieszak. Na szczęście gdzieś
niedaleko domu znalazłam sklep z wyposażeniem kuchni gdzie można było
kupić wieszak poprzeczny, na którym ubrania wiesza się równolegle do
drzwi szafy. Skończyło się happy endem, ale nie jest to taka idealna
szafa jaka miała być i z tymi wszystkimi kombinacjami nie wyszła już tak
tanio. Ale trzeba się cieszyć, że jednak można z niej korzystać, bo
doprowadzenie jej do stanu używalności wymagało naprawdę ogromnej
inwencji twórczej. Szczególnie znalezienie sklepu z wieszakami
poprzecznymi :)"

Zdjęcie na dowód:





- Robaczek, autorka bloga Różne ładne rzeczy. Robaczek samodzielnie ozdobiła ścianę swojej kuchni ulubionymi zdjęciami i cytatami - plus tej dekoracji jest taki, że w każdej chwili może powiększyć swoją kolekcję. Zachwalać wykonania nie trzeba - wystarczy rzucić okiem na zdjęcie poniżej :)





- Gunia, autorka strony Nie mam co na siebie włożyć. Gunia napisała mi: "Pomysł na ozdobienie jadalni w ten sposób zrodził się w mojej głowie niedługo po tym jak się wprowadziliśmy do naszego mieszkania (ja i mój wtedy narzeczony, a obecnie mąż). Na samym początku wisiało tam jedno nasze wspólne zdjęcie, ale im więcej różnych zdjęć nam przybywało tym więcej ich lądowało na tej właśnie ścianie. Ostatecznie stwierdziliśmy ze Ślubnym, że w ten sposób będziemy oznaczać ważne dla nas sytuacje w życiu, poprzez zawieszanie zdjęć wydarzeń, które coś dla nas znaczą. I tak stopniowo zdjęć przybywa, a efektem końcowym ma być cały pokój ozdobiony w ten sposób (wszystkie cztery ściany)". Trzeba przyznać, że robi wrażenie ;)






Nagroda NR 3 - Zestaw 4 białych wieszaczków w kropki





- Dagmara, czyli Lumpexlover, autorka bloga Lumpexowa lala zabiła mnie po prostu opowieścią o tym, w jaki sposób weszła w posiadanie swojego ulubionego radia. Oto historia Dagmary (uwaga, nie jeść i nie pić w czasie czytania - grozi zakrztuszeniem na skutek śmiechu. Organizator konkursu nie odpowiada za uszczerbki na zdrowiu ;)):

"Radio, które prezentuje, trafiło w moje ręce jakieś 10 (?) lat temu i muszę podkreślić, że nie jest to historia z cyklu: z pokolenia na pokolenie, a z rąk do rąk. Boombox należał do mojego tatka, który w wieku 21 lat (wtedy właśnie pojawiłam się ja) bardzo często jeździł na Ukrainę i odwiedzał Rosję.. Pewnego pięknego, okrutnie zimnego dnia, kiedy podróżował po mroźnej Rosji w fiacie 125 p spotkała go niemiła niespodzianka. Fiat padł, nie chciał odpalić, nie chciał się ruszyć a już na pewno nie chciał się przyznać co mu jest. Po godzinach grzebania w silniku, mój kochany tatuś poczuł potrzebę.. Była tak silna, że nie można było czekać i szukać odpowiedniego miejsca. Załatwiał ją więc w zaułku pełnym śmieci i właśnie wtedy zobaczył moje radio :D stało sobie samotnie pod jednym z kontenerów.. Niewiele myśląc tata zabrał je ze sobą. Fiat jakoś odpalił, tata jakoś wrócił, a radio okazało się w pełni sprawne i działa po dziś dzień :) Kocham je za ten vintage'owy look i jego niebywałą funkcjonalność - służy mi za "wieszak" na okulary ;p ..mój własny rosyjski oldschool pełną parą :D"





- Magda, znana nam jako Madelaine - autorka bloga Madelaine Fashion. Magda podzieliła się ze mną historią wielu ciekawych przedmiotów, najważniejszy był jednak rosyjski samowar, na temat to którego prowadziłyśmy długą korespondencję ;)Opowieść trzeba przytoczyć w całości, tak więc :

"Samowar. Jest w mojej rodzinie od mnóstwa lat. Najpierw u Prababci,był dumą i wspaniałą pamiątką po jakiejś Prababcinej przyjaciółce. Pamiętam jak mama opowiadała o krążącej nawet takiej legendzie,że Prababcia(zapracowana kobieta) raz na jakiś czas siadała w nocy i kilka godzin go polerowała. Nie wiem ile w tym prawdy,ale Mama mówi,że pewnie rozmawiała z przyjaciółką wtedy. Po Prababci odziedziczyła go moja ciocia,średnio lubiana,ale jako najstarsza córka miała do niego pełne prawo.Ciocia należy do śmiesznych osób. Raz jest kochana i nieba chce Ci uchylić, raz "miła bańka mydlana pęka" i ukazuje się stare,wredne babsko:) -oczywiście żartuje. Ciocia ma dwie siostry w tym moją Babcie. Jak to starsze osoby mają w zwyczaju(u mnie w rodzinie) nie kupują sobie prezentów w sklepach tylko wymieniają się rzeczami ,,100lat temu Helenko podobały Ci się te sztućce",albo właśnie ten samowar.W ramach babcinych urodzin samowar trafił w jej ręce.I tak sobie stał samotny,nie czyszczony już z taką częstością u Babci na regale. Wszystko byłoby pięknie ładnie gdyby wszyscy o nim zapomnieli.Ale moja rodzina lubi zaskakiwać.Syn babci(moja mama jest jej córką) stwierdził,że należy mu się ta pamiątka. Nie tyle,że by chciał,ale należy mu się. Wspominałam już,że moja rodzina lubi zaskakiwać?No a wiadomo,że jak się komuś każe coś zrobić to nasza natura sprawia,że robimy całkiem na odwrót. Tak jak babcia:) Samowar dostałyśmy z mama na spółkę.A wujek jakieś dawne,inne bibeloty. Było trochę gadania,zrzędzenia o niesprawiedliwości,a teraz...cisza,spokój. Pamiątka stoi grzecznie na szafie,nikomu nie wadzi,a czasem jak na nią spoglądam to przypominam sobie twarz Prababci ze zdjęcia(nie znałam jej) i jestem ciekawa kto miał go przed przyjaciółką Prababci."





- Jagoda, autorka bloga Jaga i Jula. Jagoda przysłała mi opowieść o tym, jak podwędziła swojemu szwagrowi radio rodem z lat '50, co widać na zdjęciu poniżej oraz o kilku swoich ulubionych przedmiotach, znalezionych w sh - drewnianym mieszkanku dla misiów, gwiazdkach i manekinach-wieszaczkach na biżuterię.





Wszystkie nagrody mają już swoich nowych właścicieli, którym serdecznie gratuluję! :))) Mam nadzieję, że ten konkurs był dla Was tak samo świetną zabawą, jak dla mnie.

Posiadaczy tych cudownych zestawów od jutra ścigam z listą adresów do wysyłki, jednak jeśli ktoś nie chce usłyszeć mojego głosu o 7 rano, czyli zanim jeszcze zacznę pracę, to proszę o przysłanie maila z dokładnymi danymi, na które zostaną wysłane nagrody. W przeciągu dwóch tygodni powinny być już w Waszych domach, jeśli jednak coś byłoby nie tak - wtedy proszę o kontakt :)


Zadowolenia z użytkowania życzy Łucja, czyli ja oraz Fabryka Motyli :)))

Pink, purple and grey = <3

Różowy, fioletowy i szary to kolory, którymi mam wypełnioną połowę garderoby. Dużo miejsca zajmują ciuchy w czerni, bieli, écru i wszystkich odcieniach brązu. Choć raczej nie ograniczam się kolorystycznie, to jednak nie przepadam za niebieskim, żółtym i czerwonym. Jeśli kupuję coś w jednym z tych kolorów, to oznacza, że albo ma zachwycający odcień, albo po prostu wiem, że dany ciuch nie robiłby takiego wrażenia w kolorach, które faworyzuję - wszystko zależy od tkaniny, kroju i pomysłu na ubranie.

Dzisiaj pokazuję Wam ciuchy, w jakich wyruszyłam na podbój Urzędu Paszportowego. Ostatnio nie robię właściwie nic innego jak bieganie po urzędach, więc przynajmniej poprawiam sobie humor ulubionymi ubraniami ;) Jeśli chodzi o moje włosy - ich kolor to już nie flamingowy, ale bardziej majtkowy - nietypowe farby znacznie szybciej zmywają się z włosów niż te, w naturalnych odcieniach. Różowe włosy muszę farbować przynajmniej co dwa tygodnie. Dwa tygodnie od pierwszego farbowania już upłynęły, dlatego wyglądam jak...wyglądam ;) W przyszłym tygodniu idę na odświeżenie koloru, więc przez tydzień znów będę flamingiem, a później znów człowiekiem z włosami o kolorze majtek...no cóż - wrodzony optymizm pozwala mi stwierdzić, że przynajmniej każdego dnia mam inny odcień włosów i nie mogę narzekać na nudę ;)

To kolejny post z serii "coś z niczego" i "zrób to sam". Dowody są dwa:

1. Moja spódniczka - tak naprawdę jest to imprezowy top bez ramiączek mojej mamy. Upatrzyła go sobie wcześniej w lumpeksie i zamierzała go kupić następnego dnia razem ze mną, żebym powiedziała, co o nim sądzę. Gdy weszłyśmy już do sh, a ona wzięła go od właścicielki, ja pomyślałam, że pokazuje mi spódniczkę, którą wcześniej dla mnie wybrała. Ostatecznie to moja koncepcja wygrała i top noszę jako spódniczkę ;)

2. Kolczyki-kokardy - kolczyki zostały zrobione ze skróconych nogawek szarych jeansów, podobnie jak broszka-kokarda oraz z rozmontowanych, obrzydliwych, plastikowych kolczyków w kolorze paskudnej neonowej zieleni. Moja mama prawdopodobnie dostałe ja jako gratis w jakimś lumpeksie, ale naprawdę były obrzydliwe i stwierdziłam, że z ich części składowych zrobię coś pożyteczniejszego. Etapy tworzenia kolczyków - poniżej.


Dobra, przejdźmy do niezwykłej historii tego, jak weszłam w posiadanie ciuchów z poniższych zdjęć :))) :


- Buty - Cropp town (sale) - nie lubię tego sklepu - styl 'cropp girl' czyli na spoko ziomka z dzielni zdecydowanie nie jest w moim guście, ale trzeba przyznać, że podczas wyprzedaży można u nich kupić całkiem niezłe 'cichobiegi' ;)
- Spódnico-top - sh - jej marka to chyba jakiś wschodni kosmos ;)
- Ażurowy top - Tally weijl (sale)
- Szal - sh
- Torba - przywieziona z Grecji
- Okulary - prezent od Mikołaja (...ale Mikołaj zostawił metkę - Reserved ;) )

Biżuteria:

- Fioletowe szklane korale - babcine
- Biała bransoletka - sh - kupiłam ją za 4 zł. Korale, z których jest zrobiona są po prostu magiczne :)
- Bransoletka z guzików - DIY



















***

A teraz małe fotostory pt "Jak powstały kolczyki". Odkąd zaczęłam się zajmować szyciem, nie wyrzucam żadnego skrawka materiału. Nawet ścineczka - pod tym względem jestem chomikiem. Z odpadów materiału po skróceniu jakiś spodni, spódnic czy produkcji toreb robię sobie różne dziwne rzeczy - zaczynając na biżuterii, a kończąc na obrazach, których elementy wykonane są z tekstyliów. Takie zajęcie na bezsenne noce, albo gdy już naprawdę mam dosyć patrzenia na papiery.










Do produkcji kolczyków tego typu i nie tylko serdecznie polecam satynowe nici - w szwalniach używa się ich do tworzenia haftów bądź przyszywania bardziej dekoracyjnych guzików i innych pierdół. Od zwykłych nici różnią się nie tylko wyglądem (ślicznie połyskują oraz nie odchodzą z nich 'włoski'), ale są przede wszystkim grubsze i bardziej wytrzymałe, tak więc idealnie nadają się do tworzenia biżuterii.


PS. O godz 00:01 konkurs z nagrodami ufundowanymi przez sklep Fabryka motyli dobiega końca. Jutro, czyli 11.06.09 zostanie ogłoszona lista zwycięzców. Moja skrzynka, pełna niesamowitych opowieści nawołuje mnie do ponownego przefilowania wszystkich, ale ja dzielnie się opieram i mówię: "Nie ma mowy" - komisja zaczyna obrady jutro rano ;)

Big, warm&magical

Kiedyś uważałam, że takie wielkie, włochate swetrzyska bez jakiejkolwiek formy rodem z lat '80, wlekące się za modą aż do początku '90, to kompletna pomyłka. Uważałabym tak nadal, ale przyszedł ten pamiętny czwartek, w zeszłym tygodniu. Było ciemno, zimno i padało, a przechodnie szybko przemykali chodnikami. Musiałam iść do lumpeksu, żeby poszukać elementów stroju dla przyjaciela, który na paradzie miejskiej miał odgrywać mitycznego założyciela mojego miasta. Weszłam do ulubionego second handu z zamiarem znalezienia lnianych portek, ale to był tylko wabik zastawiony na mnie przez przeznaczenie. Na wieszaku między masą okropnych, męskich koszul wisiał On. Wiem, że czekał właśnie na mnie. 100% wełny, wzór tak odjechany, że w całym mieście mogłabym nosić go tylko ja. Unikalna seria Jacpota, a już sama metka to dzieło sztuki. I kosztował 10 zł.

Proszę Państwa, oto On - mój wielki, włochaty sweter z kolorowymi bąblami.














Nie, on nie jest zużyty...jemu po prostu wystają włoski.











Możecie mówić, że ten sweter jest dziadowski, że passé, a na dodatek wygląda jak z rumuńskiego bazaru, ale ja wiem, że On odegra w moim życiu bardzo ważną rolę - kiedy już wyląduję na uniwersytecie, gdzieś na drugim krańcu świata (czyt. Lublin, Poznań albo Wrocław), w jakimś cuchnącym fajami i cebulą akademiku ze ścianami w pastelowych kolorach, brązowymi zasłonkami i wersalkami z PRLu, a głośny tupot karaluchów obrabowujących lodówkę obudzi moją różową czuprynę w zimny poniedziałkowy ranek, to ten sweter będzie moim najlepszym przyjacielem.

Nie wiem, jak reszcie przyszłych studentów, ale mi studia jawią się jako wielki, oślizgły, zielony potwór z milionem macek, przyssawek i zębów. Choć ogólnie zawsze staram się widzieć jakieś pozytywne aspekty położenia, w którym się znalazłam - nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji, o tyle tym razem kompletnie mi nie idzie. Nie jestem w stanie przekonać samej siebie, że studia to super sprawa, bo poznam wiele nowych, wspaniałych ludzi oraz odkryję masę rzeczy i miejsc, które zawsze mnie ciekawiły. Być może moje negatywne nastawienie wynika z faktu, iż wszystkich ukochanych przyjaciół zostawiam w Łodzi - wielu z nich albo wiąże swoją przyszłość z tym miastem, albo jest dużo starszych ode mnie i właśnie kończą studia, pracują, zakładają rodziny bądź rozpłynęli się po świecie. Tylko ja spakuję walizki i będzie mi cholernie przykro, że nagle nie ma do kogo wyskoczyć z popcornem i 'The Holiday' albo pić drinki w świecznikach z powodu braku chęci ruszenia się po szklanki. I choć do studiów jeszcze masa czasu, ja czuję jak mi rośnie w gardle kaktus. Taka rozłożysta opuncja co najmniej. Wybitnie źle znoszę samotność...podobno to właśnie w takich chwilach ludzie mają ochotę włączyć Piotra Szczepanika, jak gdyby nigdy nic wstać z krzesła, otworzyć okno i przez nie wyskoczyć. W każdym razie, nawet gdybym chciała coś takiego odwalić, to po raz kolejny okazuje się, że życie jest okrutne, pełne ironii i przeciwności losu - mieszkam na parterze.

Mam nadzieję, że moi przyszli towarzysze będą mieli tą jedną cechę, której mi na co dzień u ludzi bardzo brakuje - poczucie humoru. Może dziwi Was to, że nie zamartwiam się o studia, o swoją 'przyszłość zawodową' ani wykładowców, tylko o poczucie humoru. Prawda jest taka, że gdy sufit spada nam na głowę, a jutro może być tylko gorzej i wiesz, że już nic nie można zrobić, tylko umiejętność obracania szarej i przykrej rzeczywistości w powód do dobrego śmiechu nie pozwoli dać się zwariować, zatracając wiarę w jakieś ludzkie odruchy, w siebie i swoje marzenia.


Chcę zaznaczyć, że raczej nie mam nawyku zwierzania się ze swoich myśli nieznajomym, ale ta sprawa to wyjątek. Wyjątek potwierdzający regułę. Dla mnie jest tak trująca, jak sos ze świeżych borowików zebranych pod elektrownią atomową w Czarnobylu i zabija całą moją pomysłowość. Bo jak ma mi się mieścić nowy pomysł w głowie, jak mam ją całą zapchaną wizją siebie, sweterka, pastelowych ścian (tylko nie morelowe, błagam!) i ludzi, którym się wiecznie nie chce i nigdy się nie uśmiechają ?


PS. Buty/Shoes - Emu (oryginalnie były malinowoczerwone, ale ubrudziły się na tyle, że są pomidoroczerwone)
Legginsy/Leggins - Vila
Szal/Shawl - Peek&Cloppenburg

UWAGA: NAGRODY !!!

Dzisiaj mam zaszczyt zaoferować Wam udział w pierwszym konkursie z nagrodami na stronach mojego bloga. To będzie niezła jazda, więc czytajcie uważanie, co tam Łucja wymyśliła dla Kochanych Czytelników ;)


Sklep Fabryka Motyli, o którym już pisałam w ramach mojego projektu 'Worth Buying' 1 sierpnia obchodzi swoje pierwsze urodziny, a ponieważ urodziny zawsze obchodzi się hucznie - tym bardziej pierwsze (aż strach pomyśleć, co będzie przy 18 ;)), tak więc Pani Patrycja Łasińska - właścicielka sklepu wraz ze mną postanowiła przyszykować dla Was konkurs z nagrodami.


Może zacznijmy od rzeczy naaajważniejszej - co można wygrać? ;)



Nagroda NR 1 - Zestaw kubków "A man made me crazy".




Nagroda NR 2 - Zestaw kubków "The best things".




Nagroda NR 3 - Zestaw 4 białych wieszaczków w kropki




Z każdej pozycji dostępne są trzy komplety, tak więc nagrodzonych zostanie aż 9 osób!



Co trzeba zrobić, by wziąć udział w konkursie?

Przede wszystkim wypełnić zadanie konkursowe. Do wyboru jedno spośród dwóch, a treść zadań brzmi - uwaga, uwaga - :

1. Każdy uczestnik konkursu musi przysłać niezwykłą, bądź zabawną historię (najlepiej z dołączonym zdjęciem) zakupu lub posiadania jakiegoś mebla czy rzeczy związanej z wyposażeniem domowym. Może to być historia fotela, który jest w rodzinie od lat, wspaniałej lampy, którą udało się znaleźć na jakimś targu staroci za grosze, bądź cokolwiek innego - wszystko zależy od Was.

2. Każdy uczestnik musi przysłać zdjęcie z opisem wykonanej samodzielnie ozdoby/dekoracji domowej. Poszczególne elementy składowe tej dekoracji mogą być kupione, ale liczy się inwencja twórcza i własne wykonanie.


Zasady uczestnictwa:

Odpowiedzi konkursowe proszę o przysyłanie na adres mailowy: lucias.patterns@gmail.com . Wiadomość powinna być zatytułowana "Konkurs", no i musi spełniać normy unijne, czyli pod opisaną przez Was historią KONIECZNIE musi znaleźć się:

- Imię i nazwisko bądź pseudonim (tutaj chyba nie ma wątpliwości ;))
- adres strony internetowej bądź bloga, jeśli takowego posiadacie i chcecie się przyznać - oczywiście dołączę go do listy zwycięzców, żeby pokazać, jacy to wspaniali ludzie ślą do mnie maile :)))
- telefon kontaktowy bądź adres maila, który często sprawdzacie. Po ogłoszeniu listy zwycięzców będę ścigała z listą adresów do wysyłki nagród :)
- Numery nagród w kolejności: od tej, którą najbardziej byście chcieli dostać :)
- zdjęcie/zdjęcia w załączniku (ilość bez ograniczeń - byleby tylko mi poczta nie umarła ;) )


W jaki sposób przyznawane będą nagrody?

Po zamknięciu konkursu, w ciągu jednego dnia zbierze się unikalne jury, a w składzie:
- Ja, czyli Łucja - umysł humanistyczny
- Mój brat - umysł ścisły
- Moja Mama - umysł kosmiczny, czyli od wszystkiego

Każdy z nas będzie miał do przyznania 6 punktów - jak w szkole ;) Osoby z największą ilością punktów wygrywają, natomiast jeśli wyniki będą się powtarzały, to liczy się termin przysłania zgłoszenia. Najważniejsza dla nas jest przede wszystkim pomysłowość, bo żaden talent plastyczny nie pomoże, jak się nie ma inwencji twórczej ;) Każdy z najwyższą ilością punktów otrzyma taką nagrodę, jaką wyznaczył na pierwszym miejscu w swojej kolejności, czyli dokładnie tą, której pragnie najbardziej. Jeśli jakaś pozycja z dostępnych nagród zostanie wyczerpana, a na pierwszym miejscu macie właśnie tą, to będziemy nagradzali zgodnie z wyznaczoną przez Was kolejnością. Listę zwycięzców ostatecznie zatwierdzi Pani Patrycja Łasińska.


Do kiedy można nadsyłać zgłoszenia?

Konkurs trwa od dziś, czyli DNIA DZIECKA = 01.06.09 do 10.06.09, do północy. Równo 11.06.09 o godzinie 00.01 konkurs jest zakończony, a ja otwieram mój magiczny folder i jury przystępuje do oceniania :) WIECZOREM 11.06.09 zostanie ogłoszona lista zwycięzców wraz z ich opowieściami i zdjęciami (jeśli jednak nie wyrażacie zgody na publikację swojego pomysłu- KONIECZNIE zaznaczcie to w mailu).


Cóż mogę dodać od siebie? Będzie mi niezwykle miło czytać Wasze maile - na każdy odpowiem, by potwierdzić, że mam wszystkie informacje, tak więc gdybym nie odpowiedziała = nie doszedł i wyślijcie jeszcze raz :)


Na sam koniec chciałabym serdecznie podziękować Pani Patrycji Łasińskiej, właścicielce sklepu Fabryka Motyli za ufundowanie nagród, kreatywność i wspaniałą współpracę!


Tak więc klawiatury i aparaty w dłoń, bo rewelacyjne nagrody czekają!!!