sobota, 18 czerwca 2011
Mały Traktat o tym, jak wyglądać, wychodząc po bułki.
21:48 | Autor:
Łucja
Spieszę, by donieść Wam, że udało mi się przeżyć wesele, z którego to nie udało mi się wymigać żadną miarą. Z przerażeniem stwierdzam nawet, że było całkiem odlotowo - a to wszystko dzięki temu, że impreza posiadała Cztery-Czynniki-Umożliwiające-Przeżycie-Wesela-Bez-Późniejszej-Traumy:
1. Świetna, otwarta rodzina z poczuciem humoru tego kalibru, który uniemożliwia zjedzenie choćby pół krokieta bez maksymalnego skupienia na tym, by krokiet pozostał tam, gdzie krokiet powinien się znajdować. I nie, miejscem krokieta nie jest wiązanka stojąca przed Tobą na stole.
2. Mała ilość zaproszonych gości i ich dzieci o aparacie gębowym, wyposażonym w umiejętność nadawania na wysokości fal dźwiękowych, charakterystycznych dla orek, delfinów i waleni.
3. Miejsce, którego nie można nazwać 'domem weselnym', tylko przyjemnym, małym pałacem na uboczu...i to w dodatku 'zapach bigosu' free.
4. Brak zbyt dużego nagromadzenia na metr kwadratowy wujków, składających Ci szeroki wachlarz propozycji - od matrymonialnych, po udziały w zysku ze sprzedaży wykręconych, złotych klamek.
Tak więc cała, zdrowa i wolna od myśli, od których mógłby mnie uwolnić tylko dobry psychiatra, przeżyłam wesele całkiem obcych ludzi i byłam naprawdę zadowolona, że udało mi się przełamać...ale nie myślcie sobie zaraz, że od tej pory będę wielkim fanem tego typu imprez i nie przepuszczę nawet jednej, choćbym miała plus tysiąc gorączki i półpaśca. Nic z tych rzeczy - nadal nie lubię wesel, nie zamierzam porzucić swego krętactwa o wieloletniej tradycji - ja po prostu dopuszczam możliwość pojawienia się na weselu organizowanym przez jedną, konkretną rodzinę. Cała reszta może błagać na kolanach i codziennie wysyłać mi pocztą kwiatową bukiet z pięćdziesięciu strelicji królewskich - a i tak się nie pojawię :D
To było słowem wstępu, natomiast ja dzisiaj o czymś zupełnie innym - dzisiaj chciałam przedstawić Wam swój punkt widzenia na temat stroju, w jakim powinno się wykonywać prace domowe. W związku ze swoją rzadką aktywnością w blogosferze, miałam całkiem dużo czasu, by pomyśleć o tym, jak świat idzie do przodu, jacy wszyscy się robią glamour i stwierdziłam, że nie mogę dalej wychodzić do supermarketu po bułki w dresiku i koszulce Stonesów. Ludzie naprawdę się starają - prezentują w jakich majtkach powinno się spędzać sobotnie popołudnie, jakie szpilki założyć, wychodząc z psem na spacer po bezludnych polach, czy w jaki sposób połączyć nakrycie głowy z torebką, by pasowało do koloru plastikowego worka na śmieci i komponowało się z aurą ciepłego, letniego wieczoru - a ja do tej pory tak bezczelnie grzeszyłam tym swoim szarym dresem. Co za ignorancja...ale ja to wszystko przemyślałam i wyciągnęłam poprawne wnioski. Postanowiłam się zmienić. Teraz w niczym nie ustępuję konkurencji. Poniżej zobaczycie mój strój domowy, w którym piorę, sprzątam i gotuję - ocenę mej metamorfozy pozostawiam w Waszych rękach :)
1. Świetna, otwarta rodzina z poczuciem humoru tego kalibru, który uniemożliwia zjedzenie choćby pół krokieta bez maksymalnego skupienia na tym, by krokiet pozostał tam, gdzie krokiet powinien się znajdować. I nie, miejscem krokieta nie jest wiązanka stojąca przed Tobą na stole.
2. Mała ilość zaproszonych gości i ich dzieci o aparacie gębowym, wyposażonym w umiejętność nadawania na wysokości fal dźwiękowych, charakterystycznych dla orek, delfinów i waleni.
3. Miejsce, którego nie można nazwać 'domem weselnym', tylko przyjemnym, małym pałacem na uboczu...i to w dodatku 'zapach bigosu' free.
4. Brak zbyt dużego nagromadzenia na metr kwadratowy wujków, składających Ci szeroki wachlarz propozycji - od matrymonialnych, po udziały w zysku ze sprzedaży wykręconych, złotych klamek.
Tak więc cała, zdrowa i wolna od myśli, od których mógłby mnie uwolnić tylko dobry psychiatra, przeżyłam wesele całkiem obcych ludzi i byłam naprawdę zadowolona, że udało mi się przełamać...ale nie myślcie sobie zaraz, że od tej pory będę wielkim fanem tego typu imprez i nie przepuszczę nawet jednej, choćbym miała plus tysiąc gorączki i półpaśca. Nic z tych rzeczy - nadal nie lubię wesel, nie zamierzam porzucić swego krętactwa o wieloletniej tradycji - ja po prostu dopuszczam możliwość pojawienia się na weselu organizowanym przez jedną, konkretną rodzinę. Cała reszta może błagać na kolanach i codziennie wysyłać mi pocztą kwiatową bukiet z pięćdziesięciu strelicji królewskich - a i tak się nie pojawię :D
To było słowem wstępu, natomiast ja dzisiaj o czymś zupełnie innym - dzisiaj chciałam przedstawić Wam swój punkt widzenia na temat stroju, w jakim powinno się wykonywać prace domowe. W związku ze swoją rzadką aktywnością w blogosferze, miałam całkiem dużo czasu, by pomyśleć o tym, jak świat idzie do przodu, jacy wszyscy się robią glamour i stwierdziłam, że nie mogę dalej wychodzić do supermarketu po bułki w dresiku i koszulce Stonesów. Ludzie naprawdę się starają - prezentują w jakich majtkach powinno się spędzać sobotnie popołudnie, jakie szpilki założyć, wychodząc z psem na spacer po bezludnych polach, czy w jaki sposób połączyć nakrycie głowy z torebką, by pasowało do koloru plastikowego worka na śmieci i komponowało się z aurą ciepłego, letniego wieczoru - a ja do tej pory tak bezczelnie grzeszyłam tym swoim szarym dresem. Co za ignorancja...ale ja to wszystko przemyślałam i wyciągnęłam poprawne wnioski. Postanowiłam się zmienić. Teraz w niczym nie ustępuję konkurencji. Poniżej zobaczycie mój strój domowy, w którym piorę, sprzątam i gotuję - ocenę mej metamorfozy pozostawiam w Waszych rękach :)
Etykiety:
Outfits
|
21
komentarze
sobota, 14 maja 2011
The perfect dr(M)ess.
21:57 | Autor:
Łucja
Całkiem niedawno mój brat przeprowadził się do mieszkania, które było bardzo bogato wyposażone w podłogę i sedes, w związku z czym wybraliśmy się dzisiaj dokonać zakupu połowy asortymentu, jaki oferuje bardzo wielki sklep z meblami, posiadający żółte logo na niebieskim tle *.
Ponieważ można było połączyć zakupy z dewastacją ekspozycji, zrobiliśmy bardzo wiele zdjęć, z których połowa nie nadaje się do publikacji - w szczególności sceny z krwiożerczą, pluszową truskawką dla dzieci do lat trzech. Poniżej zobaczycie efekt naszej kilkugodzinnej pracy + historię upolowanych przeze mnie ubrań (tym razem jest się czym chwalić. Poprzednim - 95% moich ubrań pochodziło ze sklepów, tak więc przemilczmy tamten raz...).
Zanim przejdę do sedna sprawy, chciałabym się tutaj szczerze pożalić, że pierwszy raz od 12 lat nawiedziła mnie bardzo realna wizja pojawienia się na czyimś ślubie. I weselu. Ostatnim razem, kiedy komukolwiek udało się mnie zaciągnąć na imprezę tego kalibru, nie rozumiałam jeszcze znaczenia słowa "wesele" i wszystkiego, co ono za sobą pociąga...a kiedy już zrozumiałam...
...przez 12 lat pozostawałam nieugięta, nieustraszona i zawsze gotowa odpowiednio szybko znaleźć sobie naprawdę dobrą wymówkę, byleby tylko nie zostać upchniętym razem z setką ludzi w jakimś morelowym 'domu weselnym', upstrzonym całującymi się gołąbkami, nagimi amorkami i zapachem bigosu.
Niestety, życie jest brutalne i pełne nieprzewidywalnych zwrotów akcji - pojawił się argument, przed obliczem którego nawet taki weteran wszelkich wykrętów, jak ja, rozłożył ręce i gorzko zapłakał. Nie ma rady, nie ma ratunku - od marszu Mendelssohna z płyty CD i sztabu nieznajomych, starszych pań w kanarkowych garsonkach nie można uciekać wiecznie. Postanowiłam przyjąć to wyzwanie z godnością, stawić czoła składaniu możliwie szczerych życzeń wszystkiego dobrego na nowej drodze życia ludziom, których imion w ogóle nie znam i tym wszystkim damom w podeszłym wieku, noszącym kanarkowe garsonki, co bardzo chcą wiedzieć "od kogo jestem".
Tak więc - na dwa tygodnie przed godziną zero wyruszyłam na poszukiwanie akcesoriów weselnych. Poszukiwałam minimalistycznej, dyskretnie eleganckiej sukienki w jednym kolorze, z bardziej szlachetnego materiału niż poliester. Moim czarnym koniem w tym wyścigu było Monnari i Solar - planowałam się tam szybko wślizgnąć, wziąć pierwszy lepszy egzemplarz i wyślizgnąć równie szybko, jak się wślizgnęłam. Niestety chyba muszę odpokutować wszystkie wesela, których nie zaszczyciłam swoją obecnością - Monnari w Łodzi było tak ubogie jak Biedronka po podwyżce cukru, natomiast Solar uraczył mnie kolekcją kiecek w malowane osty.
Zawiodłam się w najszerszym tego słowa znaczeniu. O modzie plażowej w Zarze i H&M oraz innych dużych sieciówkach wspominać nawet nie będę, bo szkoda strzępić języka...aż w końcu, po kilkunastu godzinach pielgrzymek, odchodzenia od zmysłów i paniki w oczach znalazłam swoje cudo w Simple...a konkretniej dwa cuda. W stu procentach jedwabne, proste, monochromatyczne, skrajnie kobiece i tak eleganckie, że Paris Hilton mogłaby z powodzeniem udawać w nich Carlę Bruni. I tutaj następuje najtragiczniejszy punkt tego dramatu (o ile w ogóle taka kombinacja jest możliwa, ale uwierzcie - to była bardzo duża ilość tragedii na metr kwadratowy) - ich cena wynosiła mniej więcej połowę mojego budżetu przewidzianego na tegoroczne spijanie Blue Lagoon pod palmą daktylową, więc z żalem porównywalnym do tego po stracie ukochanego chomika, zostawiłam te małe dzieła sztuki na pastwę losu w sklepie. Nie powinno się tego robić sukienkom, dzięki którym wyglądasz jak Salma Hayek na rozdaniu Oskarów, ale jako naczelny partyzant przyjęć weselnych, nie mogłam wyrzec się wegetowania plackiem w białym piasku, facjatą do góry, słuchając szumu fal, brzęczenia cykad i marudzenia w języku niemieckim. To byłaby zdrada siebie, własnych przekonań, wiary i Konwencji genewskich.
...koniec końców na wesele wybieram się w swojej studniówkowej, skrajnie eleganckiej, czarnej sukni baletnicy, uszytej z tony tiulu i jedwabiu, na którą narzucono cienki jak mgła, przezroczysty materiał, wyszywany tysiącem drobnych koralików, cekinów i innych bajerów we wszelkich możliwych odcieniach czarnego, jakie sobie można wyobrazić. Projekt ten zrealizowało Monnari, zanim Lanvin w ogóle usłyszał o współpracy z H&M i wyprodukował to. W każdym razie - z całą pewnością pozostanę niezauważona przez Sztab Kanarkowych Garsonek...wish me luck, moi drodzy przyjaciele, bo nie wiem, czy wyjdę z tej walki zwycięsko.
* Nie zapłacili mi za reklamę i serce włożone w psucie dekoracji, dlatego nazwa nie zostanie tutaj umieszczona ;)))
Ponieważ można było połączyć zakupy z dewastacją ekspozycji, zrobiliśmy bardzo wiele zdjęć, z których połowa nie nadaje się do publikacji - w szczególności sceny z krwiożerczą, pluszową truskawką dla dzieci do lat trzech. Poniżej zobaczycie efekt naszej kilkugodzinnej pracy + historię upolowanych przeze mnie ubrań (tym razem jest się czym chwalić. Poprzednim - 95% moich ubrań pochodziło ze sklepów, tak więc przemilczmy tamten raz...).
Zanim przejdę do sedna sprawy, chciałabym się tutaj szczerze pożalić, że pierwszy raz od 12 lat nawiedziła mnie bardzo realna wizja pojawienia się na czyimś ślubie. I weselu. Ostatnim razem, kiedy komukolwiek udało się mnie zaciągnąć na imprezę tego kalibru, nie rozumiałam jeszcze znaczenia słowa "wesele" i wszystkiego, co ono za sobą pociąga...a kiedy już zrozumiałam...
...przez 12 lat pozostawałam nieugięta, nieustraszona i zawsze gotowa odpowiednio szybko znaleźć sobie naprawdę dobrą wymówkę, byleby tylko nie zostać upchniętym razem z setką ludzi w jakimś morelowym 'domu weselnym', upstrzonym całującymi się gołąbkami, nagimi amorkami i zapachem bigosu.
Niestety, życie jest brutalne i pełne nieprzewidywalnych zwrotów akcji - pojawił się argument, przed obliczem którego nawet taki weteran wszelkich wykrętów, jak ja, rozłożył ręce i gorzko zapłakał. Nie ma rady, nie ma ratunku - od marszu Mendelssohna z płyty CD i sztabu nieznajomych, starszych pań w kanarkowych garsonkach nie można uciekać wiecznie. Postanowiłam przyjąć to wyzwanie z godnością, stawić czoła składaniu możliwie szczerych życzeń wszystkiego dobrego na nowej drodze życia ludziom, których imion w ogóle nie znam i tym wszystkim damom w podeszłym wieku, noszącym kanarkowe garsonki, co bardzo chcą wiedzieć "od kogo jestem".
Tak więc - na dwa tygodnie przed godziną zero wyruszyłam na poszukiwanie akcesoriów weselnych. Poszukiwałam minimalistycznej, dyskretnie eleganckiej sukienki w jednym kolorze, z bardziej szlachetnego materiału niż poliester. Moim czarnym koniem w tym wyścigu było Monnari i Solar - planowałam się tam szybko wślizgnąć, wziąć pierwszy lepszy egzemplarz i wyślizgnąć równie szybko, jak się wślizgnęłam. Niestety chyba muszę odpokutować wszystkie wesela, których nie zaszczyciłam swoją obecnością - Monnari w Łodzi było tak ubogie jak Biedronka po podwyżce cukru, natomiast Solar uraczył mnie kolekcją kiecek w malowane osty.
Zawiodłam się w najszerszym tego słowa znaczeniu. O modzie plażowej w Zarze i H&M oraz innych dużych sieciówkach wspominać nawet nie będę, bo szkoda strzępić języka...aż w końcu, po kilkunastu godzinach pielgrzymek, odchodzenia od zmysłów i paniki w oczach znalazłam swoje cudo w Simple...a konkretniej dwa cuda. W stu procentach jedwabne, proste, monochromatyczne, skrajnie kobiece i tak eleganckie, że Paris Hilton mogłaby z powodzeniem udawać w nich Carlę Bruni. I tutaj następuje najtragiczniejszy punkt tego dramatu (o ile w ogóle taka kombinacja jest możliwa, ale uwierzcie - to była bardzo duża ilość tragedii na metr kwadratowy) - ich cena wynosiła mniej więcej połowę mojego budżetu przewidzianego na tegoroczne spijanie Blue Lagoon pod palmą daktylową, więc z żalem porównywalnym do tego po stracie ukochanego chomika, zostawiłam te małe dzieła sztuki na pastwę losu w sklepie. Nie powinno się tego robić sukienkom, dzięki którym wyglądasz jak Salma Hayek na rozdaniu Oskarów, ale jako naczelny partyzant przyjęć weselnych, nie mogłam wyrzec się wegetowania plackiem w białym piasku, facjatą do góry, słuchając szumu fal, brzęczenia cykad i marudzenia w języku niemieckim. To byłaby zdrada siebie, własnych przekonań, wiary i Konwencji genewskich.
...koniec końców na wesele wybieram się w swojej studniówkowej, skrajnie eleganckiej, czarnej sukni baletnicy, uszytej z tony tiulu i jedwabiu, na którą narzucono cienki jak mgła, przezroczysty materiał, wyszywany tysiącem drobnych koralików, cekinów i innych bajerów we wszelkich możliwych odcieniach czarnego, jakie sobie można wyobrazić. Projekt ten zrealizowało Monnari, zanim Lanvin w ogóle usłyszał o współpracy z H&M i wyprodukował to. W każdym razie - z całą pewnością pozostanę niezauważona przez Sztab Kanarkowych Garsonek...wish me luck, moi drodzy przyjaciele, bo nie wiem, czy wyjdę z tej walki zwycięsko.
Buty - TOD'S (tak, dokładnie ten salon, który niedawno otworzono w Warszawie, dokładnie ten, produkujący cudownie miękkie, skórzane mokasyny za fortunę, które są w stanie przetrwać nawet poszukiwanie akcesoriów weselnych po wszystkich centrach handlowych tego padołu. 12 zł, sh, "hell yeah" - jak to powiadają).
Jeansy - Zara Trf (mój wywód na temat jeansów z Zary można przeczytać u Erill. Osobiście trzymam się tego, że mam szczęście do spodni tej marki i tworzymy ze sobą bardzo udany, długotrwały związek. Te akurat mam od kilku dni, nie przeszły jeszcze testów ogniowych, ale i tak polecam - choćby za cenę poniżej 100 zł i dobrej jakości bawełnę)
Sweter - Gap (allegro, 9,90 :D )
Szal - Mamuśki Łośka, ?
Torba - Mamuśki Łośka, no name, sh (cudownie miękka skóra, naturalnie)
Bransoletki - czarna (Cropp), brązowo-oliwkowa (Carry), srebrna (Tatuum)
Wszystkie meble, jakie widzicie na zdjęciach - noo, wiecie gdzie ;)))
Jeansy - Zara Trf (mój wywód na temat jeansów z Zary można przeczytać u Erill. Osobiście trzymam się tego, że mam szczęście do spodni tej marki i tworzymy ze sobą bardzo udany, długotrwały związek. Te akurat mam od kilku dni, nie przeszły jeszcze testów ogniowych, ale i tak polecam - choćby za cenę poniżej 100 zł i dobrej jakości bawełnę)
Sweter - Gap (allegro, 9,90 :D )
Szal - Mamuśki Łośka, ?
Torba - Mamuśki Łośka, no name, sh (cudownie miękka skóra, naturalnie)
Bransoletki - czarna (Cropp), brązowo-oliwkowa (Carry), srebrna (Tatuum)
Wszystkie meble, jakie widzicie na zdjęciach - noo, wiecie gdzie ;)))
* Nie zapłacili mi za reklamę i serce włożone w psucie dekoracji, dlatego nazwa nie zostanie tutaj umieszczona ;)))
sobota, 12 lutego 2011
"Let's do some living after we die..."
19:43 | Autor:
Łucja
Po tylu długich miesiącach milczenia z mej strony, właśnie wtedy, gdy na mej biednej, siwej głowie najwięcej do zrobienia, gdy niczym aligatorowi z "Piotrusia Pana", tyka mi w żołądku taki wielki budzik, odmierzający czas do kolejnego egzaminu...gdy naturalnie nic nie umiem, gdy znów wstaję o 7:45 i w kwadrans ubieram się, maluję, jem śniadanie, pakuję i wybiegam na tramwaj, dokańczając ubieranie w windzie, a kanapkę ze śniadania, w drodze na ten nieszczęsny przystanek...właśnie teraz, gdy w koło pluszowe serca i nagie amorki, gdy po raz ostatni w tak młodym wieku noszę na głowie kolor mądrości, przypomniały mi się te wszystkie maile, w których obiecałam jakiś powrót, albo jego namiastkę...
...i tak też wstając o godzinie 14.00 z drobnym hakiem, jednego z poprzednich dni...z uśmiechem a la mój wykładowca od historii sztuki antycznej, wpisujący mi w indeks 2.0, doszłam do wniosku, że tak, jak Wy tęsknicie za mną, tak ja tęsknię za Wami i chciałabym przypomnieć o swym irytującym w uroczy sposób stylem bycia...czytam Wasze maile, gdy jest mi smutno, a oglądanie zdjęć nowego, spasionego, rudego kota z wielką kitą o niezwykle historycznym imieniu - Pusiulek, nie pomaga.
Po raz ostatni mam siwe włosy nad czym gorzko zawodzę każdego dnia...no ale, jak to śpiewali Dziadkowie - "Let's do some living after we die". Jakieś życie po siwych włosach musi być...marne, bo marne, ale być musi.
Żywot wiodę równie niekonsekwentny, szalony i zabawny do łez, jak kiedyś...studiuję nadal to paskudztwo, co kiedyś i kocham to tak samo, jak kiedyś, z przerwami na chwile, takie właśnie jak ta, gdy patrzeć na to nie mogę, ale poddawać się nie zamierzam, bo egzystencja bez wiedzy na temat tego, jakie zmiany do gry w szachy wprowadzili Arabowie i czy Justynian II miał jakiegoś wenera, nie ma sensu, Moi Drodzy. Nie ma - dlatego właśnie, gdy już wypuszczą mnie z tego czyśćca, w którym pokutuję za wszystkie swe małżeństwa z czasów przedszkola i zostanę pełnoprawnym przewodnikiem turystycznym, to moje wycieczki będą bardziej cool od wszystkich w biurze...a od tych, które proponuje konkurencja, to już na pewno ;)
Co by tu jeszcze o sobie Wam powiedzieć, po takim czasie...o, spotykam się z bardzo grzecznym i uprzejmym chłopcem, który ma na ścianie w pokoju plakat pewnej chrześcijańskiej kapeli o nazwie Behemoth :D
Nie wiem, kiedy znów napiszę coś, co da się czytać, bo mój dzisiejszy bełkot jest poziomem przekazu niżej chyba nawet od twórczości samego mistrza Coelho, ale obiecuję powrót tego kalibru, co zmartwychwstania w "Modzie na sukces". Na pewno nie będzie to miało za wiele wspólnego z ciuchami, bo jako człowiek tonący w tłumaczeniach tekstów o wychowaniu fizycznym za czasów Peryklesa, tudzież dla odmiany - o przygodach małoletniego Cezara i piratów, częściej poginam w szarym dresiku, niż w "tee, wedges, faux fur and...", ale będzie niezłe - za kilkanaście dni wybieram się do Paryża, bo doszłam do wniosku, że nie mogę dalej żyć, nie mając zdjęcia w wielkim, włochatym berecie z antenką na tle wierzy Eiffla...no i jeszcze potrzebuję nowego magnesu na lodówkę do swej kolekcji. Tym razem chcę ze ślimakiem - w bercie naturalnie :D (a tak na serio - wybieram się pokontemplować sztukę starożytną w Luwrze). W każdym razie - nie wyobrażam sobie nie podzielić się ze światem mym zdjęciem w amarantowym, moherowym berecie z antenką na tle wieży Eiffla, dlatego możecie mieć pewność, iż w bliżej nieokreślonej przyszłości powrócę na dobre :D
A teraz - adios companeros, że tak pojadę po hiszpańsku - wchodzi w nawyk, jak się śpi o rzut burakiem cukrowym od iberyjskiego mózga...
Nim zostanę uduszona za swe gigantyczne spóźnienie, pozostawiam Was z zabójczą ilością zdjęć - bawcie się dobrze i do miłego, jak to się mówi :D
...i tak też wstając o godzinie 14.00 z drobnym hakiem, jednego z poprzednich dni...z uśmiechem a la mój wykładowca od historii sztuki antycznej, wpisujący mi w indeks 2.0, doszłam do wniosku, że tak, jak Wy tęsknicie za mną, tak ja tęsknię za Wami i chciałabym przypomnieć o swym irytującym w uroczy sposób stylem bycia...czytam Wasze maile, gdy jest mi smutno, a oglądanie zdjęć nowego, spasionego, rudego kota z wielką kitą o niezwykle historycznym imieniu - Pusiulek, nie pomaga.
Po raz ostatni mam siwe włosy nad czym gorzko zawodzę każdego dnia...no ale, jak to śpiewali Dziadkowie - "Let's do some living after we die". Jakieś życie po siwych włosach musi być...marne, bo marne, ale być musi.
Żywot wiodę równie niekonsekwentny, szalony i zabawny do łez, jak kiedyś...studiuję nadal to paskudztwo, co kiedyś i kocham to tak samo, jak kiedyś, z przerwami na chwile, takie właśnie jak ta, gdy patrzeć na to nie mogę, ale poddawać się nie zamierzam, bo egzystencja bez wiedzy na temat tego, jakie zmiany do gry w szachy wprowadzili Arabowie i czy Justynian II miał jakiegoś wenera, nie ma sensu, Moi Drodzy. Nie ma - dlatego właśnie, gdy już wypuszczą mnie z tego czyśćca, w którym pokutuję za wszystkie swe małżeństwa z czasów przedszkola i zostanę pełnoprawnym przewodnikiem turystycznym, to moje wycieczki będą bardziej cool od wszystkich w biurze...a od tych, które proponuje konkurencja, to już na pewno ;)
Co by tu jeszcze o sobie Wam powiedzieć, po takim czasie...o, spotykam się z bardzo grzecznym i uprzejmym chłopcem, który ma na ścianie w pokoju plakat pewnej chrześcijańskiej kapeli o nazwie Behemoth :D
Nie wiem, kiedy znów napiszę coś, co da się czytać, bo mój dzisiejszy bełkot jest poziomem przekazu niżej chyba nawet od twórczości samego mistrza Coelho, ale obiecuję powrót tego kalibru, co zmartwychwstania w "Modzie na sukces". Na pewno nie będzie to miało za wiele wspólnego z ciuchami, bo jako człowiek tonący w tłumaczeniach tekstów o wychowaniu fizycznym za czasów Peryklesa, tudzież dla odmiany - o przygodach małoletniego Cezara i piratów, częściej poginam w szarym dresiku, niż w "tee, wedges, faux fur and...", ale będzie niezłe - za kilkanaście dni wybieram się do Paryża, bo doszłam do wniosku, że nie mogę dalej żyć, nie mając zdjęcia w wielkim, włochatym berecie z antenką na tle wierzy Eiffla...no i jeszcze potrzebuję nowego magnesu na lodówkę do swej kolekcji. Tym razem chcę ze ślimakiem - w bercie naturalnie :D (a tak na serio - wybieram się pokontemplować sztukę starożytną w Luwrze). W każdym razie - nie wyobrażam sobie nie podzielić się ze światem mym zdjęciem w amarantowym, moherowym berecie z antenką na tle wieży Eiffla, dlatego możecie mieć pewność, iż w bliżej nieokreślonej przyszłości powrócę na dobre :D
A teraz - adios companeros, że tak pojadę po hiszpańsku - wchodzi w nawyk, jak się śpi o rzut burakiem cukrowym od iberyjskiego mózga...
Nim zostanę uduszona za swe gigantyczne spóźnienie, pozostawiam Was z zabójczą ilością zdjęć - bawcie się dobrze i do miłego, jak to się mówi :D
Etykiety:
Outfits
|
22
komentarze
czwartek, 9 września 2010
Ogród botaniczny
23:12 | Autor:
Łucja
W związku z tym, że moje plany wakacyjne sczezły na niczym, staram się wykorzystać swój wolny czas, robiąc to, na co zazwyczaj nie mam czasu...tak więc choć przez rok mieszkałam w sąsiedztwie Ogrodu Botanicznego we Wrocławiu, zawsze albo była kichawa pogoda, albo sesja, albo referat, który miałam napisać na dzień wczorajszy, albo odsypianie i tym podobne...dlatego na zwiedzanie wybrałam się dopiero teraz. I standardowo - było zimno. Na szczęście zawartość ogrodu w pełni wynagrodziła mi wszelkie niedogodności typu deszcz, arktyczny wiatr, źle dobrany strój i jeszcze kilka innych katastrof.
Pierwszy raz od dawna zostaniecie zalani ilością zdjęć...ale po prostu nie mogłam się oprzeć pokusie dodania wizerunków ciekawych krzaków, a to wszystko chyba przez to, że odkąd przeprowadziłam się do nowego mieszkania, sama stałam się domowym farmerem-botanikiem i hoduję trzy kwiatki: bananowca, bambusa i coś egzotycznego, co wygląda jak marihuana (aczkolwiek nie przypuszczam, by w Ikei sprzedawali marihuanę w doniczkach po 9,90 za sztukę ;D).
Zaszalałam też z kontrastem na zdjęciach, co trzeba mi wybaczyć - gdy człowiek słucha ponad dwie godziny "Japanese Boy" Aneki, made in 1981, to różne szalone rzeczy przychodzą do głowy :) (swoją drogą, to chyba przez brak palm w tym roku...na szczęście rok się jeszcze nie skończył i choćbym miała sprzedać wszystkie swoje ulubione ciuchy, zamierzam się wytaplać w jakieś błękitnej wodzie, gdzieś na drugiej półkuli :))
Opis moich niezwykłych łupów, jak zawsze pod spodem, a między zdjęciami znajdziecie kilka komentarzy przeszkadzających w oglądaniu ;)





Po zobaczeniu tego zdjęcia pewnie zainteresuje Was skąd się wziął taki ubytek w mojej skórze nad brwią...historia jest krótka i mało śmieszna - gdy byłam kilkuletnim Łosiątkiem, opiekowała się mną babcia. Pewnego pięknego dnia stwierdziła, że coś mnie ugryzło i by bąbel szybciej zniknął i nie swędział, trzeba posmarować - starym sposobem - amolem. Tym czymś, co mnie ukąsiło, była ospa. Niestety gdy bąble zeszły, została mi blizna po babcinej pomocy w takiej oto formie małego, kosmicznego krateru. Na zdjęciach rzadko kiedy go widać, bo rzadko kiedy mam zdjęcia z bliska, w każdym razie jakoś strasznie mi on nie przeszkadza :)

Fasolka szparagowa na drzewie, czego to Amerykanie nie wymyślą ;) (w rzeczywistości jest to Surmia Zwyczajna z Ameryki Północnej, a fasolki niestety nie są jadalne...:/)

Nie wiem, co to było, ale było ekstra i przypominało mi Ferrero Rocher ;)






Buty - Zara via allero (widziałam je kiedyś w Zarze w wersji białej i zabójczo mi się spodobały...z tym, że nie było żadnego innego koloru poza białym, a w białych kozaczkach to tak jakoś nie bardzo...znalazłam je kilkanaście miesięcy po wizycie w sklepie, na allegro oczywiście. I dużo taniej, oczywiście. Cenię ja za naprawdę rewelacyjne wykonanie [co się Inditexowi coraz rzadziej zdarza] i skórę licową z każdej możliwej strony, przez co komfort noszenia jest nieporównywalny z syntetykami)
"Lajkry" (czyli nazwa legginsów w mniemaniu mojego brata) - Bershka%
Kardigan - Ethel Austin, sh (pierwotnie należał do Mamuśki Łośka, ale po czystkach w jej szafie, należy do mnie)
Chusta - Troll % (9,00 zł!)
Torba - No name, allegro (wykonana jest w całości z naturalnej skóry licowej, bardzo wytrzymała, pojemna i w idealnym stanie. Zapłaciłam za nią - uwaga - 14,90 zł!!! :D)
Kolczyki - kupione gdzieś tam w Grecji, jedne z ulubionych
Pierwszy raz od dawna zostaniecie zalani ilością zdjęć...ale po prostu nie mogłam się oprzeć pokusie dodania wizerunków ciekawych krzaków, a to wszystko chyba przez to, że odkąd przeprowadziłam się do nowego mieszkania, sama stałam się domowym farmerem-botanikiem i hoduję trzy kwiatki: bananowca, bambusa i coś egzotycznego, co wygląda jak marihuana (aczkolwiek nie przypuszczam, by w Ikei sprzedawali marihuanę w doniczkach po 9,90 za sztukę ;D).
Zaszalałam też z kontrastem na zdjęciach, co trzeba mi wybaczyć - gdy człowiek słucha ponad dwie godziny "Japanese Boy" Aneki, made in 1981, to różne szalone rzeczy przychodzą do głowy :) (swoją drogą, to chyba przez brak palm w tym roku...na szczęście rok się jeszcze nie skończył i choćbym miała sprzedać wszystkie swoje ulubione ciuchy, zamierzam się wytaplać w jakieś błękitnej wodzie, gdzieś na drugiej półkuli :))
Opis moich niezwykłych łupów, jak zawsze pod spodem, a między zdjęciami znajdziecie kilka komentarzy przeszkadzających w oglądaniu ;)





Po zobaczeniu tego zdjęcia pewnie zainteresuje Was skąd się wziął taki ubytek w mojej skórze nad brwią...historia jest krótka i mało śmieszna - gdy byłam kilkuletnim Łosiątkiem, opiekowała się mną babcia. Pewnego pięknego dnia stwierdziła, że coś mnie ugryzło i by bąbel szybciej zniknął i nie swędział, trzeba posmarować - starym sposobem - amolem. Tym czymś, co mnie ukąsiło, była ospa. Niestety gdy bąble zeszły, została mi blizna po babcinej pomocy w takiej oto formie małego, kosmicznego krateru. Na zdjęciach rzadko kiedy go widać, bo rzadko kiedy mam zdjęcia z bliska, w każdym razie jakoś strasznie mi on nie przeszkadza :)

Fasolka szparagowa na drzewie, czego to Amerykanie nie wymyślą ;) (w rzeczywistości jest to Surmia Zwyczajna z Ameryki Północnej, a fasolki niestety nie są jadalne...:/)

Nie wiem, co to było, ale było ekstra i przypominało mi Ferrero Rocher ;)






Buty - Zara via allero (widziałam je kiedyś w Zarze w wersji białej i zabójczo mi się spodobały...z tym, że nie było żadnego innego koloru poza białym, a w białych kozaczkach to tak jakoś nie bardzo...znalazłam je kilkanaście miesięcy po wizycie w sklepie, na allegro oczywiście. I dużo taniej, oczywiście. Cenię ja za naprawdę rewelacyjne wykonanie [co się Inditexowi coraz rzadziej zdarza] i skórę licową z każdej możliwej strony, przez co komfort noszenia jest nieporównywalny z syntetykami)
"Lajkry" (czyli nazwa legginsów w mniemaniu mojego brata) - Bershka%
Kardigan - Ethel Austin, sh (pierwotnie należał do Mamuśki Łośka, ale po czystkach w jej szafie, należy do mnie)
Chusta - Troll % (9,00 zł!)
Torba - No name, allegro (wykonana jest w całości z naturalnej skóry licowej, bardzo wytrzymała, pojemna i w idealnym stanie. Zapłaciłam za nią - uwaga - 14,90 zł!!! :D)
Kolczyki - kupione gdzieś tam w Grecji, jedne z ulubionych
Subskrybuj:
Posty (Atom)
About Me
- Łucja
- W wiecznym pośpiechu, codziennie szukam inspiracji. Ponieważ każdy mój dzień jest nowym wyzwaniem, któremu muszę kreatywnie sprostać, dzielę się kawałkiem całkiem zwykłych i niezwykłych rzeczy, na jakie trafiam w poszukiwaniu motywacji do pracy :) Aha...i nigdy nie chodzę na łatwiznę.
Categories:
- 'Worth Buying' Project (3)
- Clothing (6)
- DIY (7)
- Extra (10)
- Friends as Heros Project (1)
- Lucia in action (7)
- My world (26)
- Outfits (43)
- Places (21)
Moja subiektywna lista szaf
- A good buy
- Agatiszka
- Baglady
- Bastet
- Erill
- Fashioneria
- Fretka
- Honey bunny in wonderland
- Honorata
- Jagodda
- Koci bałagan
- Laff
- Leśno-Marchewkowa J.
- Lumpexlover
- Matka Polka w UK = Jukejka
- Pola Ilowicz
- Ratomka
- Riennahera
- Różne ładne rzeczy
- Szafa Madziary
- Szafa osobowości
- Sztywniara
- Ula's Adamant Wanderer
- Vanity Overdose
- Venila kostis
- Veronica Fraticelli
- Vintage Goa
- Vslv's World - Fashion vs. Style
- Wieszaki Tinkerbelli
- Wyrób szafopodobny




































