"Paint it black"

Dziś pozwoliłam sobie użyć tytułu tej piosenki Rolling Stonesów z dwóch powodów. Po pierwsze - gdyby ściana w pokoju Martyny nie była intensywnie różowa, to zapewne nie zobaczylibyście mojego stroju - jestem ubrana w całości na ciemno. Po drugie - jestem ubrana w całości na ciemno, bo tak się właśnie czuję.
Wiecie...są takie dni, kiedy słucham piosenek ubóstwianych Dziadków, tak głośno, jak to tylko możliwe...i to samych dających prawdziwego kopa - osławione "Start Me Up", "Gimme Shelter", "Jumping Jack Flash", czy "Brown Sugar", wykonując przy tym takie ruchy, jak chóry gospel w momencie śpiewanie refrenu pieśni pochwalnej, jednocześnie przytupując sobie nóżką odzianą w neonoworóżowe pseudoemu-kapcie z Biedronki. I wiecie...to nie działa. Nie poprawia humoru, ani nie sprawia, że czuję w sobie boską moc. Są takie chwile, gdy mówię do Stefana - wielkiego, pluszowego słonia, mieszkającego w moim pokoju: "Nie bój Stefan, będzie dobrze". I wcale mnie to nie uspokaja. Są takie chwile, że zatapiam dłonie w futerku mojego kota...i nie czuję, by moje zmartwienia ulatywały.

Są takie dni, gdy naoglądam się wszystkich wartościowych filmów i wysłucham wszystko, co mam na playliście pod hasłami: "Ennio Morricone", "John Williams", "Hans Zimmer" (czyli wszystko)...są takie dni, gdy nabiję sobie głowę "Arrival at Aslan's How", spojrzę na okładki książek C.S. Lewisa...i na swoją zasłużoną półkę z takimi nazwiskami, jak Allen, Sinatra, Bocelli...i dopiero wtedy odważę się powiedzieć: "Skoro potrafiliście dokonać takich rzeczy i byliście tylko ludźmi, to czas zdjąć pidżamę, wypełznąć z łóżka i zmierzyć z tym, co czeka za oknem". I nie jest to ani śnieg, ani Mały Głód. Czasem bywa gorzej, bo są to...ludzie.

Ludzie...uwielbiam ich. Dają mi motywację do działania i sens we wszystkim, co robię. Chcę poznać ich jak największą rzeszę. Chcę z nimi przebywać, chcę z nimi tworzyć, budować i pomagać. Ci sami ludzie...potrafią mnie kompletnie zdemotywować i sprawić, że nie chcę już nic. Mają tak niszczycielską moc, że wszystko, co natykam na swej drodze jest czarne, puste i jałowe. I czegokolwiek bym się nie podjęła, nie mam nadziei na to, że wykiełkuje z tego coś małego i zielonego.


Czasem...gdy patrzę wstecz, to nie mogę się uwolnić od wyobrażenia o tym, że każdy z nas musi pływać sobie w takiej własnej, bardzo kolorowej bańce mydlanej. Tak długo, jak mamy zdrowie, szczęście, rodziny, przyjaciół, pracę, powszechny szacunek - płyniemy. Gdy braknie nam jakiegoś elementu - bańka pęka, a my lądujemy na twardym betonie z charakterystycznym plaskiem. Bardzo długo musimy sobie tą swoją bańkę odbudowywać i bardzo wiele czasu minie, zanim znów będziemy mieli zielone światło do świata żywych. Paradoksalne jest to, że im więcej nieszczęść nas spotyka, tym potrafimy sobie tą bańkę szybciej odbudowywać, bo nabywamy jakiejś wewnętrznej odporności i jednocześnie coraz bardziej doceniamy te chwile, podczas których nasza bańka płynie ku górze. Każdemu z nas pękła co najmniej raz...ale ja się chyba zaliczam do tej grupy o nazwie "Hard", bo zasuwam przy odbudowie swojej praktycznie cały czas i co zdążę się do swojej bańki zapakować, uwierzyć, że w końcu się udało...to mi któryś genialny pomysł nie wypala, jakaś decyzja okazuje się złą, a nawet bardzo złą, a później - jak domino, leci na mnie jedna igła za drugą, w efekcie czego bardzo mało spędzam w locie. I choć bardzo zanim tęsknię - tak w przenośni, jak i w rzeczywistości, staram się nie zrażać. Czasem jednak, są takie chwile...gdy mi lipnie idzie odbudowywanie własnej bańki, bo złe wiadomości sypią się jak kulki z liczbami w lotto. I uwierzcie, że nie są tą wieści z gatunku "Ktoś wykupił mi upatrzone buty", albo "O matko, Monnari bankrutuje!". Wtedy jest "Paint it black" i brak wiary w to, że jestem dobrym człowiekiem...że to, co robię nie idzie na marne, a moje słowa w eter.

Tak naprawdę o mojej najlepszej cesze uświadomiła mnie wczoraj Martyna - mój multiczłowiek. Przyjaciel, fotograf, towarzysz do kieliszka i spełniania szaleńczych planów. Jeszcze wczoraj, byłam bliska rezygnacji z wielu rzeczy, również dalszej działalności tutaj...ale ona powiedziała mi, że najlepsze we wszystkim jest to, że mimo wielu nieszczęść, które mnie spotkały i spotykają bez przerwy - bo często sama się w nie pakuję, nadal jestem tą samą osobą. Nie zmieniam się. Oczywiście, wiele mnie one nauczyły, ale faktycznie - nie zmienił się ani mój charakter, ani usposobienie, ani poczucie humoru. Mimo upływu lat i ciężkich doświadczeń, jestem takim samym dzieckiem, jak wtedy, gdy się poznałyśmy. Jak rok temu, jak trzy lata temu, jak sześć lat temu. I chyba za to siebie lubię najbardziej - że nigdy nie tracę poczucia humoru i cieszę się tak na widok ciasta, jak inni na widok brylantów. Nawet, gdy mi sufit spada na głowę.
Nic tak nie podnosi na duchu, jak wieść o tym, że nadal jesteś tak udanym egzemplarzem, jak wtedy, gdy jeszcze miałeś ten sufit nad sobą...


Najzabawniejszą szpilką, jaka spadła na mnie w tym tygodniu, był mail od moich kolegów ze stowarzyszenia, w którym działałam niemalże trzy lata. Muszę to napisać, bo inaczej nie uwierzę. Otrzymałam pełną pretensji wiadomość, że jeśli chciałam, by umieszczono mój profil w podziękowaniach za zorganizowanie ogólnopolskiego festiwalu, to mogłam im o tym napisać i przysłać swoje zdjęcie. Tak, dobrze czytacie - miałam im przypomnieć o tym, że powinni mi podziękować, a że się tym nie zainteresowałam, no to niestety mnie nie uwzględniono. To był rok mojej pracy, który mogłam poświęcić na cokolwiek innego. W tamtej chwili...zaczęłam myśleć na poważnie o tym, czy nie wyjechać do Amazonii i nie zająć się połowem kolorowych rybek na potrzeby niemieckich oczek wodnych, bo mój system wartości nie jest aktualizowany i chyba przestał się mieścić w dzisiejszym świecie.


O połowie rybek tudzież plantacji ananasów na jakiejś małej wysepce, gdzieś hen hen na Oceanie Spokojnym nieustannie rozmyślam, dlatego zostawiam Was sam na sam ze zdjęciami moich szat cierpiętniczych i powracam do planowania swojej ewakuacji. Choć pewnie zakończy się jak zawsze - na ewakuacji do Wrocławia i niedzielnej imprezie z okazji...powrotu ogrzewania :D



1


2


3


4


5



Zestaw przyszłego poławiacza kolorowych rybek:

Buty - Bata. Na samym początku średnio mi się podobały. Do ich kupna skłonili mnie Dziadkowie i tylko dzięki nim miałam szansę przekonać się, że to najwygodniejsze buty świata. Od dziś będę śmigała tylko w koturnach (o matko, jaka jestem wysoka! Czad! :D). Kosztowały 279,00 zł, ja chciałam kupić je za 129,00, a przy kasie okazało się, że ich cena to już 69,00 zł. Kiepska jakość, niebiańska wygoda i ziemska cena. Żyć, nie umierać.
Getry - H&M via Allegro. Znów - w HaMie stały po 69,00 zł...a ja sobie kupiłam ze wszystkimi metkami, u stałego, życzliwego sprzedawcy za 36,00. H&M dla Allegro nigdy Cię nie zawiedzie.
Batman - no name, sh. Niezmiernie irytowały mnie jego olbrzymie rękawy do samych nadgarstków, dlatego zastosowałam trik z podpięciem agrafkami - takimi wieelkimi. Mi służy dobrze, a i wygląda całkiem ciekawie.
Czarna bluzka - John Smedley. Cudowna wełna merynosów, utkana tak cieniutko, że nawet nie czuć, iż mamy cokolwiek na sobie. Mama kupiła mi go w lumpeksie za 3 zł. Ze wszystkimi papierowymi metkami. Dopiero później dowiedziałam się, ile był wart, i że wypadało go opylić na allegro, dzięki czemu mogłabym sobie kupić kolejną parę niezłych butów. Albo i dwie.
Szalik - H&M. Kupiłam go całkiem przypadkiem w drodze do Ikei w Warszawie. Za 5 zł. Wszystkie szaliki tego typu wisiały w regularnej cenie - po 59,00 zł, wszak był wrzesień. A on, całkiem bez wad, niespodziewanych dziur oraz plam - kosztował piątkę. 100% akryl. Takie okazje nie zdarzają się dwa razy.



lucia's signature

Angielski gentleman z irokezem

Jak powszechnie wiadomo, jestem człowiekiem niemalże żyjącym bez zakupów w centrach handlowych. Kupuję głównie na allegro, w lumpeksach - również tych internetowych oraz w kilku wirtualnych sklepach. Do centrum handlowego wybieram się dopiero wtedy, gdy nie mogę znaleźć poszukiwanej rzeczy w miejscach wymienionych powyżej, jednak robię to niechętnie. Szkoda mi czasu na łażenie przez te hektary, a ekspedientki z pytaniem "czy w czymś mi pomóc", jak gdybym sama sobie nie była w stanie, tylko powodują moją niechęć do dalszych poszukiwań...i te światła przypominające reflektory na lotniskach. W zasadzie, chyba nic bardziej nie męczy niż te sztuczne światła...osoby, które kiedykolwiek miały do czynienia z pracą w galerii handlowej na pewno mnie zrozumieją w tej kwestii. Poza tym...u mnie najwięcej endorfin wydziela się wtedy, gdy kupuję coś nietypowego, dobrego jakościowo i jeszcze w niskiej cenie. No bo cóż to za satysfakcja, wejść do pierwszego lepszego sklepu i kupić laczki za trzy stówy. To nie smakuje tak samo, jak własny trud włożony w znalezienie czegoś naprawdę unikalnego. W zasadzie, w regularnej cenie kupuję tylko biżuterię, buty i torebki. I tylko pod warunkiem, że jestem co do nich w stu procentach przekonana oraz wiem, że długo mi posłużą.

Ponieważ w ostatnim czasie moje alternatywne łowy obfitują w prawdziwe okazje, postanowiłam poświęcić im kilka postów, tak więc od tego momentu do co najmniej połowy marca będę się tutaj chwaliła umiejętnościami szperaczymi ;)


Na poniższych zdjęciach zobaczycie mnie w dość nietypowej fryzurze. Irokez - temat rzeka. Mój oczywiście jest tylko taką marną podróbką, ale muszę Wam powiedzieć, że naprawdę lubię tą fryzurę. Nosiłam już różowego irokeza z przygolonymi włosami w naturalnym brązie...i białego irokeza z przygolonymi włosami w kolorze śliwkowym. Teraz...znów mam ochotę na irokeza. Może w trochę mniej ekstremalnej wersji, niż kiedyś, ale mam. Myślę o lekkim skróceniu włosów, fasonie "na kogucika" i...prawdziwym, intensywnym różu. Zbyt szybko ten plan się nie ziści, bo irokez - jakikolwiek by nie był, nie jest fryzurą prostą ani w utrzymaniu, ani w pielęgnowaniu, ani w czymkolwiek! Gdy po raz pierwszy zrobiłam sobie kogucika, na samym początku w ogóle nie spałam na wznak, bo jak pomyślałam, ile czasu będę go rano musiała układać...sami rozumiecie ;)

Na tych zdjęciach irokez był koniecznością. Dopiero, gdy miałam na sobie wszystkie elementy stroju i charakterystycznego kogucika, udało się osiągnąć ten klimat, który czuję, gdy oglądam zdjęcia Vivienne Westwood z lat 70, albo słyszę "London calling". Dałabym naprawdę wiele, by móc choć na kilka godzin przenieść się do czasów, gdy na Wyspach Brytyjskich powstawały legendy rocka, gdy punk był punkiem, a noszeniu podartych jeansów, zniszczonych trampek i wymiętoszonych podkoszulków nie towarzyszyły emo grzywy i przytupywanie do Jonas Brothers.

Pod zdjęciami znajdziecie historię ciuchów, z których stworzyłam swój zestaw "gentlemana w rajtuzach", a teraz zdjęcia - bo tak na sucho, to sobie możemy mówić równie dobrze o pogodzie ;)



1a


2


3


4


5


6


7


8a



Zestaw "na gentlemana w rajtuzach" zawiera:

Czółenka - Deska e libera
Rajtki - lokalny sklep
Spodenki - bardzo podwinięte przeze mnie, eleganckie bermudy. H&M - sh.
Koszulka - chyba męska, bo ma niebieską metkę. H&M - sh.
Marynarka - stylizowana na smoking. Topshop. Kupiłam nową, ze wszystkimi metkami w lumpeksie za 45 zł. Z tyłu miała nalepioną cenę - 50 £. Nie ma jak cudowna jakość za grosze :D

Z przykrością stwierdzam, że nie widać mojej gigantycznej przypinki z brytyjską flagą, którą zainstalowałam sobie w butonierce, zamiast chwasta :( Pasowała mi do rajstop...;)

Pełnia szczęścia według Lusi

Zgodnie z zapowiedzią, publikuję tutaj swoje dziesięć uszczęśliwiaczy. Jak zawsze będzie długo, więc lepiej przygotujcie sobie coś dobrego do jedzenia ;D
...i wiecie, stworzenie takiej listy wcale nie było łatwe, bo ciągle się na mnie zasadzały jakieś "wpływy chwili".


1. Przebywanie z moją rodziną i przyjaciółmi. Oczywiście bywają momenty, gdy mamy ochotę zamordować siebie nawzajem gołymi rękami. Zazwyczaj to ja z bratem z powodu „różnic w poglądach”, albo moja Mama mnie, gdy dzwonię do niej z tekstem „oddzwoń do mnie”, po czym szybko się rozłączam ;D Mimo wszystko, trafiła mi się naprawdę wyjątkowa rodzina, która nigdy we mnie nie zwątpiła, nigdy nie wyśmiała mojego pomysłu i zawsze, zawsze mogę na nią liczyć. Nigdy nie słyszałam też, że czegoś mi nie wolno, albo że coś jest zbyt trudne do wykonania. Stali za mną murem w każdym momencie mojego życia i zawsze traktowali po partnersku.


2. Czochranie futra mojego kota. Każdy, kto kota ma, na pewno mnie rozumie. Gdy dotykam miękkiego futerka mojego zwierza, nagle przestaję myśleć o wszystkim, co MUSZĘ – tylko słucham, jak sobie radośnie mruczy i mówię do niego, jakiego „ma farta”, że przez całe swoje życie leży pod kaloryferem, macha ogonem i tylko przynoszą mu na miauknięcie karmę „Beauty”. W moim mieszkaniu strasznie brakuje mi jego spojrzeń w stylu „No chyba żartujesz?” i „Weź się odwal, bo zaraz Cię ugryzę”, dlatego gdy ja przyjeżdżam do domu, kot nie ma chwili spokoju. Znajdę go wszędzie ;))) Kot prywatnie jest rodzaju żeńskiego i ma na imię Misia. Stary cwaniak i manipulant, uwielbia spać w pozycji „na trupa”.


kot

kot2


3.Pisanie. To chyba widać po długości moich postów ;) Lubię pisać o rzeczach, na temat których mam jakąś wiedzę, bądź wyrobioną opinię. Lubię pisać o swoim sposobie postrzegania świat i doświadczeniach, ale wręcz nienawidzę pisać „na zamówienie” – wtedy potrafię siedzieć godzinami i rodzić w bólach jedną, nędzną stronę A4. Lubię to pisanie na tyle, że gdy dostaję maile od czytelników, albo komentarze, które są rodzajem konwersacji ze mną i nie ograniczają się do „wow” albo „pięknie”, cieszę się jak dziecko i natychmiast mam lepszy humor. Przez ponad rok blogowania nie dostałam ANI JEDNEGO negatywnego komentarza. I mam nadzieję, że ta chwila zbyt szybko nie nastąpi.
Często myślę nad poszerzeniem bloga o podstronę, na której mogłabym umieszczać swoje recenzje filmów i książek wartych Waszych soczewek, jednak jeszcze długo będę się wahała. Bo dzisiaj ludzie wolą sobie Transformersów pooglądać, tak więc gdy ja tu wyjadę z tekstem, dlaczego warto czytać Arystofanesa, to chyba zapewnię delikwentowi jednemu z drugim nie jedną ostrą noc z koszmarami w stylu „ja i zbyt skomplikowane zdania, których nie zrozumiałem”. Boję się tez tego, że stanę oko w oko z faktem życia w społeczeństwie obrazkowym i moje gorące zapewnienia, iż „warto” i „nie pożałujecie czasu” spotkają się z osobnikami o inteligencji dywanu. Wtedy miałabym tą straszną pewność, że żyję wśród dzieci emo i jaskiniowców…a to by mnie chyba zabiło, Moi Drodzy. Na razie gorąco wierzę, że jednak nie…że istnieje jeszcze trochę istot ludzkich, czytających więcej niż jedną pozycję rocznie i nie jest to „Plotkara”. Chcę żyć w tej iluzji.
Ale z drugiej strony…jak jedni mają swoje „kąciki Inspirations” z sryliardem zdjęć przekopiowanych z pokazów mody, które to puszczają stacje poświęcone „stajlowi” dla ludzi cierpiący na niedobór zajęć w domu, to dlaczego ja nie miałabym mieć takiego swojego kącika z laurkami dla książek Wojtka Cejrowskiego (jego książek, nie poglądów) albo „Rain Mana”? W końcu, na pisanie ochota nie przechodzi mi nigdy, a na wyglądanie, owszem, zdarza się…że nie wyglądam ;) W szczególności, gdy mam zajęcia od 8.00 do 18.00.


4. Działanie. Jak już wcześniej napisałam, muszę być nieustannie w ruchu. Muszę ciągle brać w czymś udział, coś organizować, robić z grupą ludzi, albo najzwyklej w świecie – pracować. Kiedy przebywam zamknięta w domu dłużej niż pięć dni, wpadam w przysłowiowego „doła” i potrafię spać przez 13 godzin dziennie. Największą radość przynosi mi jakikolwiek owoc mojego trudu, bez względu na to, czy jest to plik własnych pieniędzy, czy robienie naszyjników z makaronu z dziećmi na letnich obozach. Jeśli przez dłuższy czas nie mam pomysłu na nową aktywność, albo coś mi tą aktywność uniemożliwia (czyt. cztery języki i historia), wpadam w podwójnego doła.


krk

działanie

Na tym obozie dla dzieci, my, jako organizatorzy spaliśmy na karimatach w przedszkolu i mieliśmy jeden, prowizoryczny prysznic na ponad dwadzieścia osób. Dla mnie samej to był tak wspaniały czas, że odrosty na moich włosach byłyby ostatnia rzeczą, o której mogłabym pomyśleć ;) Dzisiejszego dnia zakończyłam swoją "pracę" w macierzystej fundacji i jestem w trakcie poszukiwania nowej, bardziej dorosłej, w której mogłabym dalej uczyć się pracy z ludźmi. Mimo wszystko, gdy powspominam sobie dobre lata, łapie mnie przygnębienie, że ze starym zespołem już nic nie stworzę. Każdy z nas kiedyś odejść musiał, bo przecież nie można stać w miejscu...


5. Ten moment, gdy ciężkiej harówce i 4,5 h podróży z PKP widzę znajome ulice mojego miasta. Nie, żebym moje miasteczko kochała – to takie typowe przedmieścia dużego miasta, w których wszyscy znają Ciebie, choć Ty w ogóle nie znasz ich i jest pełno szesnastoletnich dzieci Emo, dla których szczytem rozrywki jest tania wóda na betonie i bibka w lokalnym dicho. No i obowiązkiem jest poinformowanie reszty świata za pośrednictwem gadu-gadu o Twoich aktualnych czynnościach w stylu „ZaKoPaNe 2o1o / BęDzIe SiĘ dZiAłO”. Cieszę się tak z powrotów do domu tylko dlatego, że 1) tutaj jest moja rodzina i kilku przyjaciół (bez obaw, oni też się niedługo ewakuują). 2) pyszna, wielka, tania pizza, 3) mój fryzjer - Justyna. Najlepsza na świecie. Zawsze ma dla mnie czas i nigdy mnie nie zawiodła, 4) dobre, w miarę tanie lumpeksy, w których mogę sobie kupić aktualną kolekcję Zary za 28 zł i nie rozpaczać, gdy na jedwabnym cudzie wartym 300 zł mój pies postanowi wypróbować swoje zęby.


6. Wieczory w moim mieszkaniu, we Wrocławiu. Wysyłamy sobie z komputera na komputer linki najlepszych demotywatorów i najgłupszych artykułów. Ryczymy z ludzkiej głupoty, Edytki PKP i Krzysia „kochani, wysyłajcie smsiaki!”. Oglądamy bajki z dzieciństwa na kasetach wideo, popijając tanie likiery. No i ten moment, gdy ktoś rzuca „ale mam ochotę na piwo…”, po czym następuje szybkie podjęcie decyzji o telefonie do pizzerii oddalonej o jedną przecznicę i wycieczce do monopolowego. Wtedy wiesz, że cokolwiek będzie jutro, nadejdzie DOPIERO jutro.


7. Chwila, gdy stoję na płycie lotniska i wiem, że zaraz zostawię wszystkie swoje problemy bardzo daleko. Kocham ten moment, gdy samolot odrywa się od ziemi, a później jest już tylko czysta tafla waty cukrowej i myśl, że czeka na Ciebie tylko jedno – przygoda. Żadnych problemów, żadnego umartwiania się dniem jutrzejszym. Gdy już jesteś w tym miejscu, osiągnąłeś swój cel, nawet osiedlowa droga potrafi fascynować, a wszystkie krzaki dookoła są skrystalizowanym pięknem. Każdego dnia, przynajmniej 50 razy myślę o tym, by sposobem Wojciecha Cejrowskiego, wziąć lodówkę na plecy i kupić sobie bilet gdzieś bardzo daleko, nie zastanawiając się nad tym, co zrobię, gdy trzeba będzie wracać. Kładę się spać i wstaję z tą jedną, natarczywą myślą w głowie - spróbować życia w jakimś naprawdę ekstremalnie egzotycznym miejscu, gdzie nikt nie słyszał o „All inclusive”. Przypadkiem nikt z Was nie wie czegoś o jakiejś wyprawie, do której można by się dołączyć? ;)


8. Jedzenie. To już wiecie, ale muszę to powtórzyć po raz kolejny, tak bardzo to lubię. Moment, gdy widzę ciasto bez rodzynek, kruszonek i wszystkich innych zbędnych „dupereli”…obiad zrobiony przez moją Mamuśkę Łośka albo babcię…grillowane ryby, skropione cytrynką w greckiej restauracji…rurki z prawdziwą, bitą śmietaną…sery pleśniowe w każdej postaci…wszelkie odmiany kawy…owoce…wtedy określenie „cieszyć się jak labrador” w stosunku do mnie byłoby co najmniej nietaktem…bo żaden labrador nie jest w stanie tak zaprezentować całego kompletu swoich zębów z radości, jak ja :DDD


jedzonko2

jedzonko1


9. Słoneczny dzień i te chwile, gdy już możesz przestać nosić zimową kurtkę, bo wszędzie czuć ciepły wiatr. Znów się powtórzę – nienawidzę zimy, zimna i sportów zimowych. A kompletny brak kolorów (bo wszystko jest przecież czarno-białe) wprowadza mnie w jakiś stan snu zimowego, połączonego z marazmem i odmową brania udziału w czymkolwiek, co wiąże się z wyjściem z domu. W momencie pisania tego postu mija czwarty dzień, kiedy nawet nie wystawiłam palca na zewnątrz domu i nawet nie macie pojęcia jak cieszę się z tego, że nie muszę dotykać tego białego obrzydlistwa :P


10. Gdy ludzie się na mnie gapią. Serio. Gdy ktoś zatrzymuje na mnie wzrok dłużej, niż przeciętnie, odbieram to za komplement. Od zawsze gonię za oryginalnością, a nawet żyję po to, by się zmieniać. Nie potrafię dłużej tkwić w jednym miejscu, przy jednym zajęciu, myśląc o jednej rzeczy – inaczej czuję, że się nie rozwijam, że nie idę do przodu, tracę czas. Oczywiście w dzisiejszych czasach być oryginalnym wcale łatwo nie jest. Ciężko jest wymyślić coś nowego, skoro spodnie zawsze mają określony krój, bo powstały po to, by okrywać nogi, a buty dlatego nosi się na stopach, że na głowie byłyby raczej nieprzydatne. Dla mnie oryginalność to raczej umiejętność wyboru czegoś charakterystycznego dla nas, a nie tego, co charakterystyczne tak dla nas, jak i milionów naszych rówieśników uważają marketingowcy. Pokusa często jest naprawdę duża – w końcu ilość asortymentu na rynku mamy określoną, bez względu, czy to ubranie, gadżety do domu czy cokolwiek innego i przyznam szczerze, że po prostu boli mnie w środku, gdy upatrzę sobie konkretną rzecz, nagle robi się na nią szał i otacza mnie z każdej strony. W 99% procent przypadków choćbym umierała z pragnienia wejścia w posiadanie, nie kupię. Staram się dochodzić do tego celu alternatywnymi drogami, zamiast główną, luksusową, łatwą trzypasmówką ;) Ulegam dopiero wtedy, gdy nie mam innej możliwości zdobycia rzeczy, która akurat mi się podoba (czyt. nie da się tego zrobić samemu, znaleźć w lumpeksie, kupić w innej wersji, kolorystyce itd.).


Do zwierzeń w typie listy dziesięciu uszczęśliwiaczy pociągnę Baśkę, autorkę bloga Wyrób szafopodobny oraz Lumpexlover. Już zacieram rączki na nową lekturę na ich blogach ;)))

Dobry folk nie jest zły

Zawsze podobał mi się styl folk, który jak powszechnie wiadomo - nijak do mnie nie pasuje. Przypuszczam, że nie podejrzewalibyście mnie o takie fascynacje, a jednak - każdy ma jakieś ukryte zboczenia ;) Gdy widzę ciuch w motywy ludowe, a jeszcze jak zalatuje wschodem, bije po oczach kolorami wyjętymi z tradycyjnych, mongolskich strojów, to po prostu głupieję - muszę mieć. Efekt jest taki, że z mojej szafy po prostu wysypują się jakby wyjęte z jakiegoś skansenu falbaniaste kiece do kostek, chłopskie koszuliny, tureckie chłopięce kostiumy (a może i to dziewczęce? Ciężko stwierdzić.), futrzane kamizelki i co tylko sobie zamarzycie. Nigdy tego nie nosiłam - po prostu lubię mieć w szafie i sobie oglądać. Traktuję to jako miłe urozmaicenie dla stosu przyziemnych swetrów i bluzek. Wynikało to z tego względu, że wydawało mi się, iż w takich ubraniach po prostu nie jestem przekonująca...tym bardziej w krótkich, białych włosach. Wczoraj nadszedł dzień, w którym postanowiłam się w końcu przełamać i grasować wśród ociekających lansem, niedzielnych zakupoholików łódzkiej Manufucktury, w czerwonej, góralskiej chuście i dżinsowym płaszczu na baranku. Doznania ekstremalne.

Karczma, w której robiliśmy zdjęcia leży na drodze mój dom-Manufucktura, więc problemu z doborem miejsca nie mieliśmy. Swoją drogą, właściciele tej karczmy naprawdę się postarali przy jej urządzaniu - zarówno na zewnątrz, jak i w środku wygląda po prostu rewelacyjnie. Jest tam tyle różnych dziwnych i niezwykle starych przedmiotów, że obiecałam sobie, iż zrobimy w niej zdjęcia jeszcze latem, gdy lepiej będzie widać cały obiekt.

Jak to u mnie bywa, wszystkie ubrania udało mi się kupić dużym fuksem. Ich historię opowiem po kolei, pod każdym zdjęciem, bo wszystkie są zdobyczą na miarę "okazji roku" ;)


Na samym końcu chciałabym podziękować Madelaine, Erill, Pannie K. i Fretce za wciągnięcie mnie do czegoś o nazwie Happy Blog, czyli trzeba się zmusić i opisać 10 rzeczy, które nas uszczęśliwiają, choć statystycznie częściej myślimy o tych doprowadzających nas do szału. Z tego właśnie względu swoją listę opublikuję następnym razem. Również dlatego, że każdy powód do pisania jest dobry i absolutnie nie odmówię sobie tej przyjemności ;)


No to moja wersja folk poniżej, a Wy sami oceńcie, na ile byłam przekonująca w tak nietypowych dla mnie ubraniach.




1folk



2folk

Płaszczyk na baranku kupiłam na "lumpeksowej wyprzedaży" (tak, to jest możliwe! ;)), przeceniony z 50 czy 40 ileś złotych na...13. Jest wykonany przez jedną z moich ulubionych marek, na której jakości się NIGDY nie zawiodłam - Gap. Niemal nowe, cieplutkie i mięciutkie cudeńko z najlepszej jakości bawełny.


3folk

To jest prawdziwa, góralska torebka wykonana w 100% ze skóry. W dodatku dość stara. Kupiłam ją na allegro za...9 zł! Tak dobrze czytacie - jakiś frajer sprzedawał ją przez 'Kup teraz' za równe 9,00 zł. Po wielu przygodach, w końcu otrzymałam ją...po miesiącu, ale i tak było warto. Jest dość duża i świetnie zachowana.


8folk

Wełniana chusta z Zakopanego to vintage. Należy do mojej Mamuśki Łośka i jest najprawdopodobniej jeszcze starsza, niż torebka. W związku z tym, że wykonano ją z czystej wełny - gryzie jak oszalała. Mam jeszcze czarną wersję kolorystyczną.


7folk


6folk

Spódnicę kupiłam w lumpeksie za całe 2 dyszki - bo była nowa i z metkami(Atmosphere), ale musiałam ją mieć - jej wzory przypominają mi popularne motywy w sztuce krajów Basenu Śródziemnomorskiego, które to wałkuję co środę od nieludzkiej godziny 10.00 ;)


5folk

Buty to jest dopiero gratka. Pochodzą ze sklepu Charles&Keith. Ta marka ma tylko dwa salony w Polsce - we Wrocławiu i w Łodzi (muahaha ;)). Usłyszałam o nich po raz pierwszy, gdy dwa tygodnie temu zabłądziłam do ich sklepu. Mają po prostu REWELACYJNE buty. Nie wszystkie grzeszą jakością, ale dwa lata gwarancji w zupełności załatwia sprawę. Stylem przypominają trochę Aldo, ale są chyba ciut bardziej kreatywni. Ceny niestety również "Aldowe", ale gdy przychodzi przecena, to jest na maksa. Te buty kupiłam przecenione z 300,00 zł na...101,50 ;) Jestem zadowolona i już czaję się na ich letnią kolekcję ;)


4folk


Pomidorowy muchomor

Miał być post wypasiony...jest trochę mniej, jak to zwykle w życiu bywa, bo po raz kolejny coś przeszkodziło mi w byciu kreatywnym. Po raz kolejny była to zima...no dobra...po części, również przeogromna ochota pozostania dzisiaj w łóżku dłużej...o trzy godziny. I troszeczkę brak innego obuwia niż kalosze. Przyznam się tutaj, że ostatnio grasuję po Wrocławiu w kaloszach - idealnym obuwiu na ciapę, roztopy i wszystkie inne okropieństwa. Nie przewidziałam jednak, że w Łodzi nadal utrzymuje się Syberia i cała szczęśliwa wróciłam do domu odstawiona w przeciwdeszczowe kaloszki. Tak naprawdę, wcale mi to na złe nie wyszło, bo już następnego dnia byłam pakowana w samochód, żeby kupić sobie buty, w których chodzą normalni ludzie o tej porze roku (podobno), dzięki czemu jestem o dwie pary do przodu.

No ale, wróćmy do tematu - skąd taki tytuł? Otóż, Moi Drodzy, sweter, który dzisiaj ma swoją premierę wygląda jak wielki, włochaty...pomidor. Takie było moje skojarzenie, gdy pierwszy raz zobaczyłam go na dnie którejś z moich słynnych szaf. Dopiero Martyna - fotograf, uświadomiła mnie, że to nie jest pomidor, tylko muchomor, ponieważ posiada naszyte białe, szklane koraliki. Ok, może być i wielki, włochaty muchomor, ale na truskawkę się nie zgodzę, nawet nie próbujcie ;) Sweter należał kiedyś do mojej Mamuśki Łośka, później na wiele lat zniknął i dopiero kilka miesięcy temu został na nowo odkryty na dnie Szafy Mieszczącej Wszystko, włącznie z dmuchanym, różowym pontonikiem, akcesoriami cmentarnymi i pełną gamą kolorystyczną moherowych beretów. Nie jestem w stanie powiedzieć, z czego jest zrobiony, ale to na pewno jest materiał z piekła rodem. Noszę go tylko ze względu na piękny kolor, bo jeśli miałabym opisać Wam jaki jest komfort noszenia, to zdecydowanie przyrównałabym go do włosiennicy noszonej przez sympatyków średniowiecznej ascezy. I nie pomaga nawet bluzka z długim rękawem - włosy atakują z najbardziej nieoczekiwanej strony, dlatego noszenie go zalecane jest tylko i wyłącznie przy minimum -10. Tylko dzięki tej niezwykłej, aczkolwiek doprowadzającej mnie do szału właściwości dzisiejszy post w ogóle powstał.

Po raz pierwszy prezentuję Wam również mój otulacz od Laff. Gdy nie udało mi się wygrać aukcji na allegro z upragnionym egzemplarzem, Laff zgodziła się go dla mnie zrobić i wykonała go w kilka dni od mojego 'zamówienia'. Jestem niesamowicie zadowolona, bo wykonano go z największą starannością...teraz chyba będę w nim spała, dopóki się nie nacieszę. Bez cienia ściemy, otulacze Laff rządzą i już wiem, że na jednym się nie skończy ;)


O tym, co się wyrabiało na kompletnie spontanicznym, szafiarskim spotkaniu we Wrocławiu, przeczytacie u Erill, Aivie i A good buy. Dziewczyny nawklejały zdjęć, pokrótce opisały wszystkie trendy tematy, które poruszyłyśmy (;)), tak więc nic, tylko czytać ;) Ja od siebie dodam tyle, że z niecierpliwością czekam na następne spotkanie. To był wspaniale spędzony czas w gronie naprawdę wyjątkowych ludzi :) No i w końcu rozwiązała się gnębiąca mnie zagadka - wiem, jak ma na imię Marchewkowa. I nie powiem, ha! ;D


Nic więcej nie pozostało mi chyba do opowiedzenia na dziś. No, poza tym, że w następnym poście się w końcu wyżyję, moja nieskrępowana mitologią starożytnych Greków wyobraźnia będzie mogła hasać do woli i obiecuję coś bardziej hmm...ciekawego. A teraz musicie się zadowolić pomidorowym muchomorem ;)



1muchomor


4muchomory


2muchomory


3muchomory


5muchomorów


Kalosze - deezee.pl
Legginsy - Vila
Gryzący sweter - vintage (czyli z otchłani szafy)
Otulacz - wykonany przez Laff
Kolczyki z kapsli od Desperadosów - wykonane przez mego lubego
Torba - Pieces (kupiona nowiutka na allegro za...20,00 zł! Co prawda przesyłka dotarła do mnie w strzępach, a torba sama w sobie chyba dość dużo przeszła, ale jak na noszenie "świeżych warzyw" (cytat z opisu aukcji) to chyba może być, nie? ;) )




A tak na sam koniec, przypomniało mi się, że ktoś kiedyś napisał mi w komentarzu pod postem w różowych włosach, oczywiście w żarcie, że ja to chyba farbuję włosy pod kolor ubrań...teraz, ktokolwiek to jest, przyznaję z ręką na sercu - nie farbowałam włosów pod kolor śniegu. Naprawdę ;D