Chestnut avenue

Dzisiaj niestety zostaniecie zawaleni gigantyczną ilością zdjęć w tym poście - równo 11 ;) Stało się tak ponieważ nie potrafiłam się zdecydować, które zdjęcie podoba mi się najbardziej i należy je dodać - to chyba najlepsza sesja, jaką z Martyną zrobiłyśmy. Nie chodzi tylko o sposób, w jaki zrobiono zdjęcia, ale o to, jak ja się czuję patrząc na nie. Choć soczyste, szalone barwy są moim znakiem rozpoznawczym, im jestem starsza, tym więcej mam ze swojej Mamy. Odziedziczyłam po niej oczy, włosy i, jak się okazuje - pewien sentyment do kolorów zwanych 'barwami ziemi'. Moja mama ukochała sobie beże, brązy, szarości, biel, czerń, złoto i wszelkie odcienie zieleni. Ma również obsesję na punkcie zwierzęcych motywów, a w szczególności panterki. Patrząc na zdjęcia poniżej i biorąc pod uwagę fakt, że część ciuchów jest jej - wyglądam dokładnie tak, jak ona.

Miejsce na zdjęcia wybrał nie kto inny, ale jak mój specjalista od miejscówek do robienia sesji zdjęciowych, czyli moja Mamuśka Łośka we własnej osobie. Ostatnio tak wkręciła się w to zajęcie, że zaplanowała mi obiekty na co najmniej kilka miesięcy do przodu. Ta sesja została zrobiona w kasztanowej alei prowadzącej do starego dworu, w którym wcześniej kręcone były filmy reklamujące mój festiwal - gdy słońce zachodzi, to naprawdę mroczne miejsce ;) Kasztany same w sobie z kolei zawsze będą mi się kojarzyły właśnie z moją Mamą i dzieciństwem, ponieważ odkąd pamiętam, farbowała włosy na 'kasztanowy brąz'...dopiero kilka lat temu przerzuciła się na bliżej nieokreślony miks rudo-czerwono-brązowego. Niemniej jednak, kasztany to się równa moja Mama i tak już zostanie ;)





































Zestaw na 'Mamuśkę Łośka' zawiera:



Buty - Graceland - od dawna szukałam takich botków. Choć Deichmann słynie z jakości wystarczającej na dwa sezony i lekkiej tandety, to jednak tej jesieni naprawdę się postarali. Buty są czadowe, bardzo wygodne i były tanie - polecam :)
Rajtki - H&M
Spódnica - no name (sh, 3 zł!) - skrócona, miała stanowić halkę do mojej bajecznej, tiulowej spódnicy, ale w przypływie desperacji wciągnęłam ją ostatnio wychodząc na imprezę...i tak mi się spodobała w tej wersji, że halką nie zostanie ;)
Bluzka - Zara (Mamuśki)
Beret - H&M
Torebka - Mamuśki, ma chyba z 20 lat...
Perły - miejscowy sklep
Złote korale - Pull and bear (sale)
Okulary - Cropp (sale)
Panterkowe szarfy - prezent od właścicielki lumpeksu

It's only rock'n'roll but I like it...

Ostatnio cierpiałam na chorobę zwaną 'brak motywacji', na szczęście po raz kolejny, z nieba spadają przyjaciele i pomagają odkopać jakiś temat - coś, wokół czego aktualnie będą krążyły moje myśli. Czasem jest to 'odgrzewany kotlet', z tym, że nagle odkrywam jego nowe właściwości i na nowo pracuję z tym motywem. Tak było i tym razem, jednak efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania...
Zazwyczaj, po moim epokowym odkryciu, następuje proces kombinowania, knucia, bezsenne noce wraz z ołówkiem, ścinkami gazet, zdjęć, ujęciami z filmów i najlepszymi tekstami z książek. Choć nigdy nie popadam w monotematyczność i dosłownie wszystko jest w stanie zająć moją uwagę, o tyle ten jeden, najbardziej aktualny pomysł może wydać owoce w zaskakująco wielu dziedzinach mojego życia oraz zagrzać w nich miejsce na bardzo bardzo długo. Jak wielu, przekonuję się dopiero wtedy, gdy zobaczę przełożenie jednej genialnej myśli na swoje ubrania, wygląd domu, czy gadżety, które produkuję.

Nawet nie wiem, kiedy nadeszła ta fala, ale zdecydowanie swój udział miała tutaj Martyna - mój wierny druh po grobowe deski i najlepszy fotograf, jakiego można sobie zażyczyć. To Ona na nowo zaszczepiła we mnie ducha rocka, wciągając w rozmowy na temat książek o Stonesach, o ich kawałkach i historii, jaką stworzyli. Wcześniej moją edukacją rockową zajmował się ukochany brat, dzięki któremu będąc sześciolatką z blond lokami, nosiłam koszulkę z wielkim napisem 'I love Big Cyc'. Dzisiaj mój świat na nowo oszalał na punkcie takich kapel jak Sex Pistols, Pink Floyd, The Ramones, Guns n' Roses, The Who, The Clash, T-Rex, Quiet Riot, o dziadkach Stonesach nie wspominając ;) Chodzi tutaj głównie o to, że dopiero teraz czuję, iż dorosłam do tej muzyki, że naprawdę rozumiem o co w niej chodzi...bo to coś więcej, niż muzyka. To wolność, którą ktoś zamknął w melodii, historia, której bieg zmienili pozornie zwykli goście z gitarami w rękach, nadzieja, ucieczka i uwielbienie setek tysięcy ludzi na całym świecie.

Klimat, w jaki wprawia mnie ta muzyka, zapanował na dobre również w mojej szafie oraz doprowadził do nowych projektów DIY, tak więc teraz dość często będziecie świadkami mojego szaleństwa na punkcie tej muzyki. Do tego, co planujemy z Martyną zrobić ze swoim mieszkaniem, przyznawała się nie będę - zepsuję Wam zabawę ;) Na efekty musicie jeszcze trochę poczekać - biedna Martyna walczy w tym roku z hiszpańską maturą, tak więc niech będzie Jej przebaczone ;)


No to...3...2...1!






























Zestaw Wiernego Fana The Rolling Stones - najlepszej kapeli na świecie, zawiera:

T-shirt - oryginałka The Rolling Stones (sh)
Marynara - Gap (sh) - jest wykonana z wełny, a jej środek wyściełany pomarańczową satyną - cudo :)))
Spodnie - Bershka (sale)
Buty - Vagabond (allegro.pl) - są wykonane z cieniutkiej, czerwonej, świecącej skóry, a podeszwy zdobi wizerunek jednorożca. Uwielbiam tą markę za ich szalone pomysły oraz cenę, będącą przyjemną alternatywą dla Irregular Choice.
Torba - mojej mamy. Nosiła ją na początku lat '90. Dobrze, że jest takim samym chomikiem jak ja i przechowuje różne rzeczy przez lata...
Okulary - Cropp (sale)
Przypinki - allegro.pl, sh
Broszka-czerwony guzik - prezent od Brata :)
Kolczyki - są zrobione z kapsli od Bacardi. Pomysł Łucji, wykonanie Dyrektora Kreatywnego. Kolczyki marki Dog In The Fog, Heineken i Desperados (blee, ale kapsle ma niezłe ;)) w produkcji - premiera wkrótce ;)




PS. Serdecznie dziękuję BASI za aż dwa wyróżnienia i choć bardzo chciałabym komuś je przyznać, to niestety, ze względu na mój ostatni chroniczny brak czasu, chyba wszyscy są już 'obstawieni' ;) Niemniej jednak wielkie, wieeelkie dzięki - choć to tylko 'obrazki', jest mi bardzo miło, że o mnie pomyślałaś :)))

At the seaside

Przyznam szczerze, że ostatnio dość zaniedbuję bloga, mam okropne zaległości w czytaniu Waszych i w związku z tym, poczucie winy. 'Bez kitu' ;) Paradoksalnie, czas wakacji okazał się dla mnie okresem najcięższej pracy, a gdy już nadarzy się wolny wieczór, poświęcam go przyjaciołom i rodzinie, najczęściej rozwalając się na ukochanym przeze mnie łóżku z całym arsenałem filmów i gigantycznymi ilościami popcornu z mikrofali. Obiecuję jednak poprawę ;)


Nigdy nie myślałam, że poczuję się tak głęboko związana ze swoją niby-stroną, z ludźmi, których znam tylko przez szklaną szybkę, a jednak blog wzbudza we mnie wiele emocji, jest źródłem ciągłych niespodzianek i wspaniale spędzonego czasu. O ile, gdy zaczynałam, wszystkim zajmowałam się praktycznie sama, o tyle teraz w pomoc mi z blogowaniem 'bawi się' cała moja rodzina i przyjaciele. Każdy z nas znajduje tutaj coś dla siebie - do mnie należy kwestia ciuchów i grafiki, Fotograf Martyna zwana Maciakiem ma zdjęcia, Dyrektor Kreatywny produkuje dla mnie biżuterię i pomaga w różnych szalonych projektach, jak choćby słynna Radiotorebka. Mój brat na chwilę obecną jest utajony, ale moja Mamuśka Łośka wymyśla miejsca na nowe zdjęcia, ponieważ uwielbia wybywać z domu i zwiedzać wszystko, co zwiedzić się da w promieniu granic naszego kraju, a już w szczególności ma fazę na stare dworki i miejsca, gdzie antyki i przedziwne przedmioty skupuje się co najmniej na tony. Jeszcze się nie zdarzyło, żebym postawiła nogę poza progiem kuchni, nie usłyszawszy historii o tym, gdzie dzisiaj była ;) Najbardziej jednak uwielbiam dostawać od Was maile, prowadzić z Wami konwersacje, tym samym poznając Was lepiej. Otwierając bloga, nie przypuszczałam, że będzie miał aż taki wpływ na moje życie, bo, biorąc pod uwagę chociażby fakt, iż Kotowa, korzystając z mojej słabości do Niej, namówiła mnie na zamieszkanie z Nią i L'olkiem, ma ;) Tak więc oficjalnie mogę powiedzieć - jestem uratowana od morelowych ścian! ...ale za to wylądowałam w dobijająco-pastelowo-żółtych ;))) Od tego momentu, chyba nigdy nie przestanę się zastanawiać nad tym, jakie niespodzianki przyniesie mi dalsze prowadzenie bloga, co jeszcze się wydarzy...no i jak upchniemy te tony ciuchów na 50 m2 ;)


W ramach poprawy zamieszczam obiecywane zdjęcia z mojej lipcowej wyprawy nad morze. Toster included :)))



























Spódnica - sh
Torba-koszyk - Reserved
Kolorowe koraliki - indyjski sklep
Fioletowe koraliki - babcine
Kolczyki z kukui - DIY
Bikini - prezent od mamy. Swoją drogą, powinnam poświęcić mu jakiś post - jest ręcznie malowane na Hawajach w tancerki z ukulele, hibiskusy i palmy, a łączenia w gaciach wykonane są ze splecionych, drewnianych korali. Prawdziwa pociecha dla oka ;)



I'm not a plastic Lucia

Po bardzo długim urlopie powracam do blogowego świata, głównie za sprawą Robaczka, która wpadła na ten naprawdę świetny pomysł zorganizowania szafiarskiej akcji polegającej na pokazaniu swojej zakupowej eko-torby, inaczej szmaciaka. Zanim jeszcze przyjaciele porwali mnie nad morze Fiatem Ducati bez sprawnych tylnych hamulców, służącym na co dzień do wożenia robotników na budowę, czytałam o propozycji Robaczka na szafiarskim forum i przez cały ten czas bardzo długo myślałam nad swoimi torbami, bo dla mnie ekologia to coś więcej niż segregowanie śmieci i zbieranie papierków przez dzieci z podstawówki podczas Dnia Ziemi. Ta akcja jest dla mnie szczególnie ważna, gdyż po raz pierwszy mam zaszczyt zaprezentować Wam produkt mojej firmy - Double-Moose'd :)


No to: 3...2...1...

























Okulary - Cropp (sale)
Szal - Mamy
Top - Mango (sh)
Spodnie alladyny - Stradivarius (sale)
Buty - Benetton (allegro.pl)
Torba - Double-Moose'd




No dobra, teraz to należą się Wam wyjaśnienia, czemu ekologia, czemu Double-Moose'd...
Chociaż w moim domu od zawsze segregowano śmieci i zwracano uwagę na to, co się je, to tematem ekologii w kompletnie innym niż dotychczas znaczeniu zaczęłam interesować się bodajże po przeczytaniu książki 'No logo' Naomi Klein, którą chętnie serwowałabym na śniadanie wszystkim maniakom metek. Po niej już nic nie było takie samo, często dyskutowaliśmy z bratem na temat tego, że mamy już dosyć chińskiego szajsu, niedoszytych szmat za fortunę, które rozlatują się po pierwszym kontakcie z wodą i braku produktów, na które zawsze możnaby było liczyć, które przetrwałyby długie lata, nadal ciesząc oko. Zaczęło się od tego, że skupowałam wszędzie, gdzie się dało, ostatki naturalnych tkanin, z których później zamierzałam uszyć sobie torby, bo bardzo lubię ogromne torby z solidnego, grubego płótna, a takie bez udziwnień niestety ciężko trafić w sklepach. Wtedy byłam w pierwszej klasie liceum. Mijał miesiąc za miesiącem i nawet nie wiem jak, urosła idea szycia takich płóciennych toreb masowo...później po kolei wpadaliśmy na pomysły produkcji biżuterii, damskich gadżetów i akcesoriów do domu. Całe wykonanie, wzory, kroje i unikatowy sposób wytwarzania były opracowywane przeze mnie przez ostatnie półtora roku...aż w końcu doszło do tego, że stworzyliśmy nawet firmowego drinka, którego recepturę znamy tylko my - ja i mój brat :)
Od dziecka moja rodzina woła na mnie Łosiek - to się chyba wzięło od mojego usposobienia i tak już zostało...gdy byłam jeszcze mała, to chciałam się na bracie odgryźć i wołałam na niego - analogicznie - Big Łosiek. Mało to fantazyjne, ale wierzcie na słowo - charakter tego zwierzęcia idealnie pasuje do mnie...przynajmniej codziennie, do 13 ;) Stąd właśnie nazwa firmy - Double-Moose'd, bo jest nas dwójka i jesteśmy tak samo pokręceni. Apostrof znajduje się w tym miejscu, w którym absolutnie nie powinno go być, po to, by umożliwić odbiorcom więcej niż jedną interpretację :)

Ta torba jest jednym ze wzorów, wyjęta wprost spod igły i mam ją ze sobą pierwszy raz. Pierwotnie miała być klasyczną torbą na zakupy, jednak ten materiał był tak piękny, że postanowiłam wykorzystać go do szycia tego właśnie modelu. To importowane z Anglii płótno farbowane przy pomocy barwników z minimalnymi zawartościami chemicznych utrwalaczy. Wymaga jeszcze kilku poprawek, udoskonaleń, ale i tak jestem z niej bardzo dumna. Moje pozostałe, 'prawdziwe' torby na zakupy pochodzą z second-handów i są klasycznymi, zabawnymi szmaciakami, które po złożeniu mieszczą mi się nawet w kopertówkę ;) Niestety najczęściej zapominam zabrać je ze sobą z domu, dlatego wszystkie pietruchy i jogurty noszę w swojej podręcznej torbie, razem z dokumentami i telefonem - ot, jak w tej ;)

Jeśli chodzi o firmę samą w sobie, to jest dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. To niemal jak moje dziecko...pracuję nad nią niemal od dwóch lat, każdego dnia, kładąc się spać, myślę nad nowymi rozwiązaniami. Razem z bratem obraliśmy sobie bardzo konkretny cel - stworzyć produkty, które będą nie tylko przyjazne środowisku, ale przede wszystkim szyte u nas w kraju przez zespół profesjonalistów, a ich wzory, kroje i przede wszystkim cena będzie konkurencyjna dla tego, co znajdujemy w sieciówkach. Prawdę mówiąc, nie jest to proste zadanie, głównie z tego powodu, że nie płacimy chińskim sierotom w miskach ryżu, ale prawdziwym szwaczkom z oszałamiającymi zdolnościami. Chcemy maksymalnie zwiększyć jakoś naszych produktów, obniżając przy tym cenę. Czeka mnie ogrom pracy, pracy, której na co dzień tak naprawdę nie widać...dopiero, gdy do ręki biorę efekt moich nieprzespanych nocy i godzin spędzonych w samochodzie, czuję, że to wszystko ma sens. Każdy krój, każde szycie, każdy wzór, kolor i łączenia są dokładnie przeze mnie przemyślane i na każdym etapie muszą zostać przeze mnie zatwierdzone i skonsultowane z każdym podwykonawcą. Mamy wiele planów, wiele pomysłów, które tylko czekają na odpalenie, ale jak to w życiu bywa - nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Firma jest dla nas czymś więcej niż sposobem na zarabianie - to wiele marzeń, wiele dni ciężkiej pracy, świetna zabawa, dowód na istnienie kompromisu między rodzeństwem, pasja i poczucie, że robimy trochę więcej niż zwykły worek na buraki...jednym słowem - Double-Moose'd to coś, czym zamierzam się zajmować nawet wtedy, gdy kompletnie nie będę miała z niego zysku, bo...nigdy nie chodzę na łatwiznę ;)


PS. Dopiero teraz doczytuję wszystkie komentarze pod poprzednim postem i chciałabym serdecznie podziękować Wam za życzenia urodzinowe - to był naprawdę miły powrót do domu i do Was :)))