No to od początku...
Rok temu, gdy zakładałam tego bloga...wcale nie myślałam, że stanie się on w 90% blogiem szafiarskim i w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy przejdę aż takie metamorfozy. Gdy zaczynałam, miałam tak bujne futro na głowie, jak lew i nosiłam się tak do czasu, aż zauważyłam, że przez tą grzywę nic nie widzę ;) Na samym początku byłam chyba jeszcze strasznym dzieckiem i takie hasła jak 'nowa kolekcja Zary' albo 'dwunastocentymetrowe szpilki' były dla mnie tak obojętne, jak zawartość kalorii w ukochanych M&M'sach. W zasadzie, tak jest chyba do dziś...
Zdecydowałam, że mój blog będzie tylko i wyłącznie o tym, co interesuje mnie, bez względu na wszechobecnych ludzi, dla których lans jest sensem życia...

...i z biegiem czasu zaczęło mi coraz bardziej zależeć na tym, by wszystko było dokładnie takie, jakie chcę Wam przekazać.

Tak więc przybywało 'sesji zdjęciowych', które nigdy nie zostały opublikowane, bo...mi się nie podobały. Bądź uważałam, że coś mi nie pasuje i tysiąc innych szczegółów. Po prostu lubię robić coś tak, by być od początku, do końca zadowolona z efektu.





W końcu, doszło nawet do tego, że dałam na siebie założyć prawdziwe futro, a wszystko po to, by godnie zaprezentować torebkę prababci. Choć naturalnych futer mam w domu wiele i większość w moim rozmiarze, nie będę ich nosiła. Nie po to od lat angażuję się w ochronę zwierząt, by paradować w futrze, bo tak aktualnie dyktują śliskie magazyny.

No i kiedyś tam w końcu przyszedł czas zdawania matury, na którą w większości wybierałam się albo w trampkach Converse, albo ubierając to, co mi wpadło w rękę i wydawało się pasujące do zamysłu "Ubrać się tak, żeby było na złość". Na swój ostatni egzamin niemal zaspałam i poszłam z pokręconymi w każdą stronę świata, niewysuszonymi piórami. Nie żałuję ani jednej chwili i ani jednej decyzji.

Nastąpiło lato, którego nie wyobrażałam sobie bez przyjaciół, w związku z czym, rzuciłam pracę i razem pojechaliśmy nad nasze polskie, brudne, zimne morze. Przywiozłam stamtąd najpiękniejsze zdjęcia, jakie kiedykolwiek mi zrobiono. Wszystkie, oczywiście autorstwa Martyny.


W międzyczasie odkryłam kolejne możliwości związane z moją największą pasją - jedzeniem. Kocham jeść, kocham jedzenie, kocham na nie patrzeć i wąchać, dlatego zdecydowałam się zatrzymywać je dla siebie na dłużej. [Dzięki Ci, Panie, że nie widać po mnie tych pochłanianych ilości, gdy wpadam do rodzinnego domu.]


Kiedyś jednak skończyła się sielanka i trzeba było te wszystkie kartonowe pudła wpakować do samochodu i...wyruszyć do Wrocławia - miasta, dla którego bez cienia żalu opuściłam szarą, żadną Łódź. Do dziś nie mogę się nadziwić, jak ładnie wygląda teraz to mieszkanie...bo gdy przybyłam na miejsce, wyglądało tak:


No i skończyło się tak, że robię to, co naprawdę lubię...z przerwami na sesję, kiedy rzucam tym wszystkim dalej, niż widzę.


...i z biegiem czasu zaczęło mi coraz bardziej zależeć na tym, by wszystko było dokładnie takie, jakie chcę Wam przekazać.

Tak więc przybywało 'sesji zdjęciowych', które nigdy nie zostały opublikowane, bo...mi się nie podobały. Bądź uważałam, że coś mi nie pasuje i tysiąc innych szczegółów. Po prostu lubię robić coś tak, by być od początku, do końca zadowolona z efektu.





W końcu, doszło nawet do tego, że dałam na siebie założyć prawdziwe futro, a wszystko po to, by godnie zaprezentować torebkę prababci. Choć naturalnych futer mam w domu wiele i większość w moim rozmiarze, nie będę ich nosiła. Nie po to od lat angażuję się w ochronę zwierząt, by paradować w futrze, bo tak aktualnie dyktują śliskie magazyny.

No i kiedyś tam w końcu przyszedł czas zdawania matury, na którą w większości wybierałam się albo w trampkach Converse, albo ubierając to, co mi wpadło w rękę i wydawało się pasujące do zamysłu "Ubrać się tak, żeby było na złość". Na swój ostatni egzamin niemal zaspałam i poszłam z pokręconymi w każdą stronę świata, niewysuszonymi piórami. Nie żałuję ani jednej chwili i ani jednej decyzji.

Nastąpiło lato, którego nie wyobrażałam sobie bez przyjaciół, w związku z czym, rzuciłam pracę i razem pojechaliśmy nad nasze polskie, brudne, zimne morze. Przywiozłam stamtąd najpiękniejsze zdjęcia, jakie kiedykolwiek mi zrobiono. Wszystkie, oczywiście autorstwa Martyny.


W międzyczasie odkryłam kolejne możliwości związane z moją największą pasją - jedzeniem. Kocham jeść, kocham jedzenie, kocham na nie patrzeć i wąchać, dlatego zdecydowałam się zatrzymywać je dla siebie na dłużej. [Dzięki Ci, Panie, że nie widać po mnie tych pochłanianych ilości, gdy wpadam do rodzinnego domu.]


Kiedyś jednak skończyła się sielanka i trzeba było te wszystkie kartonowe pudła wpakować do samochodu i...wyruszyć do Wrocławia - miasta, dla którego bez cienia żalu opuściłam szarą, żadną Łódź. Do dziś nie mogę się nadziwić, jak ładnie wygląda teraz to mieszkanie...bo gdy przybyłam na miejsce, wyglądało tak:


No i skończyło się tak, że robię to, co naprawdę lubię...z przerwami na sesję, kiedy rzucam tym wszystkim dalej, niż widzę.

W ciągu jednego roku zmieniałam fryzurę trzykrotnie i czterokrotnie farbowałam włosy, na zupełnie inne kolory. Dziękuję im za to, że ze mną wytrzymują te wszystkie eksperymenty. Moja szafa również nie mało przeszła...i nawet kupiłam sobie szpilki. Ale nie chodzę - lubię sobie na nie po prostu popatrzeć.
To był naprawdę udany rok, choć nie zawsze było lekko...jedyne, czego żałuję, to tego, że blogosfera nie jest już tak otwarta i przyjazna, gdy zaczynałam. Teraz pojawiły się jakieś super określenia, głębsze filozofie i coraz większe ciśnienia. Wszystko się jednak zmienia i mam nadzieję, że i ta ciężka sytuacja opadnie niczym grzyb atomowy i nagle, jak za sprawą magicznej różdżki ludzie dadzą sobie luzu.
Pozostaje mi podziękować tym, którzy tutaj wpadają, doceniając to, co staram się przekazać. Obiecuję, że morale mi nie upadną, nigdy nie założę bawełnianych skarpet w sandały i postaram się publikować częściej. Ale na pewno nie będę pisała krócej ^^

























