Dzisiejszy post powstał dzięki kolejnemu mojemu genialnemu pomysłowi. Tak jak Marissa z bloga Chaoskontrolowany ma swój osławiony już strych, na którym znajduje same odlotowe rzeczy, tak ja weszłam w posiadanie Rupieciarnio-Przechowywalni ;D Czym jest Rupieciarnio-Przechowywalnia? Skoro można znaleźć tam marynarki legendarnego Majkela, to miejsce powinno być co najmniej magiczne, jednak prawda bywa zazwyczaj bardziej brutalna i choć chciałabym napisać, że Rupieciarnio-Przechowywalnia jest jak garderoba w Vogue, to moja wrodzona prawdomówność zmusza mnie do napisania, iż jest to takie zwykłe pomieszczenie pomiędzy moimi dwoma garażami, gdzie stoją same szafy z różnymi dziwnymi rzeczami, sztuczna choinka(spokojnie, nie jest ubrana ;)), różowe koło pontonowe i inne spokrewnione. Ziemniaki też się czasem zdarzają ;D
Skupmy się jednak na tych szafach. Podzielone są na trzy kategorie - do jednej moja rodzina znosi zimowe płaszcze na czas lata i tym podobne, do drugiej znosi te, których nie nosi, by później oddać je na PCK, a w trzeciej są rzeczy, które powinny trafić na allegro do kategorii 'Dziwactwa' i to jeszcze tej najbardziej zaawansowanej. Pewnie zastanawiacie się, z której szafy wyciągnęłam swoją Marynarę Michaela Jacksona. Odpowiedź jest prosta - z trzeciej ;) Moja mama kupiła ją w jednym z pierwszych lumpeksów w Łodzi na jakieś przebranie, gdy ja byłam jeszcze bardzo mała. Najprawdopodobniej jednak jest dużo, dużo starsza. Długa - stylizowana na frak i 'Made in France', a nie 'China' ;)
Gdy zobaczyłam tą marynarkę, nie zastanawiałam się ani chwili nad tym, czy będę w niej chodzić. Jest tak dziwna? psychodeliczna?, że pasujemy do siebie, jak dwie połówki pomarańczy. Czy tam jabłka. Z resztą, moja Mamuśka Łośka stwierdziła, że 'ostatnio są takie w modzie i nawet widziała podobne w H&M', co oznacza, że nie dość, iż mam marynarkę odzwierciedlającą moje usposobienie, to jeszcze 'modną' - niezły czad ;)
Nazwa 'Marynarka Majkela Dżeksona' wzięła się stąd, iż Martyna, która wpadła do mnie ostatnio z pytaniem 'To w czym będziemy robiły następne zdjęcia?' i zobaczyła dumnie prezentowany przeze mnie łup, nawet nie zapytała, a stwierdziła 'No chyba żartujesz, że będziesz w tym chodzić, Łosiuniek'. Na co ja odpowiedziałam 'Absolutnie, ani trochę...przecież to marynarka Majkela Dżeksona!!!'. I tak już zostało ;)
W kolejce są jeszcze dwie kompletnie odjechane rzeczy, wydłubane przeze mnie z szafy - tym razem o nazwie 'PCK'. Normalnie ajjj, co ja z tą rodziną mam...
...uh, zapomniałabym o mojej nowej allegrowej zdobyczy - koszulce H&M z serii 'Fashion against AIDS', zaprojektowanej przez Rufusa Wainwrighta (taaak, to ten facet, który zaśpiewał rozsławiony przez Shreka hicior 'Hallelujah'! :D). Cieszę się, że w końcu upolowałam ciuch z tej kolekcji, bo nigdy jej w 'moim' H&M nie widziałam, że to właśnie Rufusa Wainwrighta, którego bardzo cenię...i że zrobił tak czadowy nadruk. Widać, gość ma talent nie tylko do śpiewania ;)
Outfit 'na Majkela' zawiera:
Marynara - (taak, jest świecąca ^^) stara szafa, czyli vintage (bo tak lepiej brzmi podobno)
Koszulka - H&M (allegro - 15,90 zł :D)
Legginsy - Vila (niestety - kocham te gatki i niedługo chyba zacznę nawet w nich spać. Jakkolwiek lateksowo wyglądają - zapewniam, że z lateksem nie mają nic wspólnego. One tylko udają.)
Koturny - H&M
Kolczyki - kapsle od Desperadosów - DIY
New jewellery!
Ostatnio każdy mój dzień wypełniony jest przygotowaniem do przeprowadzki, bądź spędzam go na różnych innych czynnościach, które niewiele mają wspólnego z relaksem. Najbardziej jednak dziwi mnie to, że ciągle załatwiam rzeczy z mojej osławionej listy 'TO DO', przygotowywanej każdego wieczoru na następny dzień...i wiecie, tych zadań nigdy mi nie ubywa, wrrrr ;) Liczę jednak na to, że gdy już w końcu zadomowię się we Wrocławiu, będę miała znacznie więcej czasu na blogowanie, bo jakoś tak strasznie dużo mi aktualnie umyka :/
Ostatnio L'aile wciągnęła mnie do zabawy polegającej na tym, żeby powiedzieć 10 prawd o sobie. Choć dawno dawno temu już ktoś(tylko niestety nie pamiętam kto - update: Lumpexlover!!! :D) mnie w to wciągnął, dziury w mojej pamięci pozwoliły na umknięcie tego faktu. Nadrabiam dzisiaj ;) Szczerze powiedziawszy, po przeczytaniu 10 rzeczy z mojego życia, które jako pierwsze przyszły mi na myśl, stwierdziłam, że nie dziwię się ludziom traktującym mnie jak małego świrka...
...zanim jednak to nastąpi, chcę Wam powiedzieć, że kryzys to prawda. Dopadł i mnie. Mój fotograf poszedł do szkoły i się skończyło. Biedny Maciak niemal każdego dnia spędza osiem godzin w swoim hiszpańskim łagrze, dlatego dzisiaj są zdjęcia kryzysowe - zamiast mnie zobaczycie tylko moją biżuterię ;) Egzemplarze na zdjęciach zostały wybrane głównie z tego powodu, że weszłam w ich posiadanie zaledwie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. I każdy ma całkiem niezłą historię, jak to u mnie bywa ;)
No to zaczynamy:

- 'Sztuczne czereśnie wyglądające jak żywe' - niemal jak opis z allegro. Ostatnio tak strasznie nudzi mi się w nocy, że zrobiłam kilka par takich czereśni i zamierzam je sprzedawać po najniższych cenach na allegro, coby nauczyć tych wszystkich cwaniaków, że 11 zeta za kolczyki to przegięcie. O!
- Różowe filcowe kulki - poniżej w komplecie z fioletowymi. Ostatnio moje ulubione. 3 zł, allegro.pl


To jeden z zakupów na tegorocznych wyprzedażach. Naprawdę, niewiele mi się w tym roku podobało. Bijou Brigitte.

Prezent od Martyny :D Przyjechały do mnie z Barcelony.

A tutaj cała kolekcja kolczyków od Kapitana Sparrowa, czyli mojego faceta. Pomysł mój, wykonanie - Sparrow. Kochane stworzonko :] ;)


Matrioszki. Cache cache - ich aktualna kolekcja kolczyków jest naprawdę czadowa, aż ciężko było mi się zdecydować, z którymi powinnam wyjść ;)

Przypinki. Kolejny prezent od Martyny z Barcelony. Odkąd je dostałam, mam kompletną fazę na gadżety z pracami Alfonsa Muchy i Gustava Klimta :)

Kamienne korale z Nepalu. Są niesamowicie ciężkie, długie i czadowe. Udało mi się je upolować za grosze na likwidacji jakiegoś indyjskiego butiku na allegro :)

No dobra, to teraz chwila prawdy na 10 prawd z mojego życia:
1. Gdy byłam mała, potrafiłam jeździć zarówno na nartach jak i na łyżwach. Dzisiaj utrzymuję, że nie potrafię ani jednego ani drugiego. Nienawidzę zimy, zimna i sportów zimowych. W tym roku moi przyjaciele do spółki z moim kochanym, troskliwym facetem chcą wysłać mnie chyba na Obóz Karny w góry, w zimę, żebym się uczyła jeździć na desce, nartach czy innym śmiercionośnym sprzęcie, tak więc moi drodzy, moje dni są policzone…a nawet jeśli nie moje, to mojego tyłka na pewno ;)
2. Kocham latać i wszystko, co jest związane z samolotami - nic nie jest w stanie wpłynąć na tą pasję, choć o mało co nie zaliczyłam katastrofy lotniczej i raz po locie, ogłuchłam na jeden dzień. Oglądam chyba wszelkie możliwe programy na temat lotnictwa, jakie puszczają na National Geographic i Discovery. Nawet zrezygnowałam z tatuażu w widocznym miejscu, bo jedną z rzeczy, które planuję w swoim życiu spróbować jest praca w zawodzie stewardessy. Niestety po to, żeby wybić konkurencję muszę skończyć studia i zrobić sobie tonę papierów – to już wiecie, czemu jestem we Wrocławiu ;) …a jak mnie nie będą chcieli w żadnej linii lotniczej, to sobie zrobię patent pilota ^^ Marzy mi się taki lśniący, czarny helikopter…
3. Jeśli miałabym obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, to aktualnie odbywałabym służbę na jednym z lotniskowców USS– koniecznie Nimitz. Kocham marynarkę wojenną, a lotniskowce to coś, na co jestem w stanie patrzeć godzinami. Znam całe wyposażenie i system działania Nimitzów oraz liczbę potrzebną do obsługi wszelkich amerykańskich lotniskowców z dokładnością co do jednego ludka ;)
4. Brzydzę się komarami. Do tego stopnia, że jestem w stanie spać na podłodze w innym pokoju, jeśli nie mogę złapać komara w swoim. Mogę nie spać do 3 nad ranem, byleby złapać i zabić to dziadostwo. Kilkukrotnie. W akcie zemsty wyrywam im trąbki, a jeśli już mnie udziabie to przeżywam to kilka dni i żalę się swoim strasznym losem wszystkim dookoła.
5. Mam wiele dość skomplikowanych marzeń...jak choćby wycieczka do Czarnobyla, zobaczenie prawdziwego tornada w Stanach Zjednoczonych…marzę też o tym, żeby zamieszkać co najmniej na tydzień w Instytucie Smithsonian, poznać osobiście tatuatorów z ‘Miami Ink’ i wejść w posiadanie czapki mongolskich sokolników. O podróży koleją transsyberyjską aż do Władywostoku już nawet nie wspomnę…
6. Kocham historię, ale kompletnie nie interesuje mnie historia Polski. Teraz pewnie nastąpią głosy patriotów – niestety, drodzy państwo, ale podczas gdy na Krecie kwitła cywilizacji minojska, u nas co najwyżej chodziły bizony. Miłośników historii Polski wysyłam do mojej Mamuśki Łośka, ona na tym punkcie ma świra, w szczególności jeśli chodzi o okres od sarmatyzmu…ja osobiście preferuję starożytność i to jest po prostu moje dziecko. Nauka i czytanie na ten temat nigdy mi się nie znudzi. Aktualnie, razem z moim bratem jesteśmy na etapie samodzielnych wycieczek po terenach Imperium Rzymskiego. Jednocześnie planujemy lepiej poznać procesy kształtowania się kultury i państw Anglosasów oraz całego terenu obecnej Skandynawii. Na długie wieczory polecam ich legendy, natomiast na kompletną depresję – biografię papieży tak do 1900 roku. ‘Nie ma lepszej komedii’ – jak to mawiał mój mentor w sprawach historii.
7. Uwielbiam Kubusia Puchatka – jeszcze z czasów dzieciństwa mam piękne, limitowane wydania, kasety oraz…całą zastawę ;) A tak całkiem szczerze, uważam tą książkę za jedną z nielicznych prawdziwych bajek, potrafiącą uczyć nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Mnie uczy do dzisiaj. Jeśli ktoś zapytałby mnie o wzorzec prawdziwych przyjaciół, na pewno przytoczyłabym Puchatka i Prosiaczka.
8. Mam obsesję na punkcie czystych butów. Traktuję je niemal jak jakiś rodzaj zwierzątka domowego. Oczywiście zdarza mi się mieć brudne – w szczególności Conversy, ale piorę je tak często, jak się da. Reszta butów przechodzi rutynowe czyszczenie przed każdym wyjściem. Jedynymi butami, jakich w życiu nie odważyłam się uprać są Emu. Nie zmienia to faktu, że są brudne i bardzo źle się z tym czuję.
9. Mam bardzo duże trudności z posługiwaniem się lewą ręką. Mogłabym powiedzieć, że ja nie mam dwóch rąk – mam tylko prawą i coś, co służy jako asystent dla mojej prawicy. Zawsze chwytam wszystko w prawą rękę – nawet torbę na ramieniu noszę tylko na prawej. Co najmniej do 18 roku życia nie potrafiłam obciąć sobie paznokci u prawej dłoni. Nauczyłam się trzymać nożyczki i jednocześnie ciąć całkiem niedawno. Jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, w momencie, gdy po wielu próbach nauczyłam się trzymać nożyczki lewą dłonią, czułam się co najmniej jak Einstein. Mimo wszystko, posługiwanie się lewą dłonią zawsze będzie dla mnie bardzo problematyczne.
10. Na świecie istnieją tylko dwie gazety, które kupuję po to, żeby je przeczytać i robię to faktycznie od deski, do deski, nie pomijając nawet reklam – „Podróże” i „Focus Historia”, chociaż ‘National Geographic Traveler” też nie pogardzę, ale jest on już znacznie bardziej ‘zaawansowany’ niż ‘Podróże’. Nie wyrzucam ani jednego egzemplarza z wyżej wymienionych – jeszcze się nie zdarzyło, żebym do któregoś nie wróciła.
Ahhhaaaaa...i do zabawy wciągam osoby, o których wiem bardzo niewiele, a chętnie dowiem się więcej: Fermina, Annie i Bloo :)))
Ostatnio L'aile wciągnęła mnie do zabawy polegającej na tym, żeby powiedzieć 10 prawd o sobie. Choć dawno dawno temu już ktoś(tylko niestety nie pamiętam kto - update: Lumpexlover!!! :D) mnie w to wciągnął, dziury w mojej pamięci pozwoliły na umknięcie tego faktu. Nadrabiam dzisiaj ;) Szczerze powiedziawszy, po przeczytaniu 10 rzeczy z mojego życia, które jako pierwsze przyszły mi na myśl, stwierdziłam, że nie dziwię się ludziom traktującym mnie jak małego świrka...
...zanim jednak to nastąpi, chcę Wam powiedzieć, że kryzys to prawda. Dopadł i mnie. Mój fotograf poszedł do szkoły i się skończyło. Biedny Maciak niemal każdego dnia spędza osiem godzin w swoim hiszpańskim łagrze, dlatego dzisiaj są zdjęcia kryzysowe - zamiast mnie zobaczycie tylko moją biżuterię ;) Egzemplarze na zdjęciach zostały wybrane głównie z tego powodu, że weszłam w ich posiadanie zaledwie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. I każdy ma całkiem niezłą historię, jak to u mnie bywa ;)
No to zaczynamy:

- 'Sztuczne czereśnie wyglądające jak żywe' - niemal jak opis z allegro. Ostatnio tak strasznie nudzi mi się w nocy, że zrobiłam kilka par takich czereśni i zamierzam je sprzedawać po najniższych cenach na allegro, coby nauczyć tych wszystkich cwaniaków, że 11 zeta za kolczyki to przegięcie. O!
- Różowe filcowe kulki - poniżej w komplecie z fioletowymi. Ostatnio moje ulubione. 3 zł, allegro.pl


To jeden z zakupów na tegorocznych wyprzedażach. Naprawdę, niewiele mi się w tym roku podobało. Bijou Brigitte.

Prezent od Martyny :D Przyjechały do mnie z Barcelony.

A tutaj cała kolekcja kolczyków od Kapitana Sparrowa, czyli mojego faceta. Pomysł mój, wykonanie - Sparrow. Kochane stworzonko :] ;)


Matrioszki. Cache cache - ich aktualna kolekcja kolczyków jest naprawdę czadowa, aż ciężko było mi się zdecydować, z którymi powinnam wyjść ;)

Przypinki. Kolejny prezent od Martyny z Barcelony. Odkąd je dostałam, mam kompletną fazę na gadżety z pracami Alfonsa Muchy i Gustava Klimta :)

Kamienne korale z Nepalu. Są niesamowicie ciężkie, długie i czadowe. Udało mi się je upolować za grosze na likwidacji jakiegoś indyjskiego butiku na allegro :)

No dobra, to teraz chwila prawdy na 10 prawd z mojego życia:
1. Gdy byłam mała, potrafiłam jeździć zarówno na nartach jak i na łyżwach. Dzisiaj utrzymuję, że nie potrafię ani jednego ani drugiego. Nienawidzę zimy, zimna i sportów zimowych. W tym roku moi przyjaciele do spółki z moim kochanym, troskliwym facetem chcą wysłać mnie chyba na Obóz Karny w góry, w zimę, żebym się uczyła jeździć na desce, nartach czy innym śmiercionośnym sprzęcie, tak więc moi drodzy, moje dni są policzone…a nawet jeśli nie moje, to mojego tyłka na pewno ;)
2. Kocham latać i wszystko, co jest związane z samolotami - nic nie jest w stanie wpłynąć na tą pasję, choć o mało co nie zaliczyłam katastrofy lotniczej i raz po locie, ogłuchłam na jeden dzień. Oglądam chyba wszelkie możliwe programy na temat lotnictwa, jakie puszczają na National Geographic i Discovery. Nawet zrezygnowałam z tatuażu w widocznym miejscu, bo jedną z rzeczy, które planuję w swoim życiu spróbować jest praca w zawodzie stewardessy. Niestety po to, żeby wybić konkurencję muszę skończyć studia i zrobić sobie tonę papierów – to już wiecie, czemu jestem we Wrocławiu ;) …a jak mnie nie będą chcieli w żadnej linii lotniczej, to sobie zrobię patent pilota ^^ Marzy mi się taki lśniący, czarny helikopter…
3. Jeśli miałabym obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, to aktualnie odbywałabym służbę na jednym z lotniskowców USS– koniecznie Nimitz. Kocham marynarkę wojenną, a lotniskowce to coś, na co jestem w stanie patrzeć godzinami. Znam całe wyposażenie i system działania Nimitzów oraz liczbę potrzebną do obsługi wszelkich amerykańskich lotniskowców z dokładnością co do jednego ludka ;)
4. Brzydzę się komarami. Do tego stopnia, że jestem w stanie spać na podłodze w innym pokoju, jeśli nie mogę złapać komara w swoim. Mogę nie spać do 3 nad ranem, byleby złapać i zabić to dziadostwo. Kilkukrotnie. W akcie zemsty wyrywam im trąbki, a jeśli już mnie udziabie to przeżywam to kilka dni i żalę się swoim strasznym losem wszystkim dookoła.
5. Mam wiele dość skomplikowanych marzeń...jak choćby wycieczka do Czarnobyla, zobaczenie prawdziwego tornada w Stanach Zjednoczonych…marzę też o tym, żeby zamieszkać co najmniej na tydzień w Instytucie Smithsonian, poznać osobiście tatuatorów z ‘Miami Ink’ i wejść w posiadanie czapki mongolskich sokolników. O podróży koleją transsyberyjską aż do Władywostoku już nawet nie wspomnę…
6. Kocham historię, ale kompletnie nie interesuje mnie historia Polski. Teraz pewnie nastąpią głosy patriotów – niestety, drodzy państwo, ale podczas gdy na Krecie kwitła cywilizacji minojska, u nas co najwyżej chodziły bizony. Miłośników historii Polski wysyłam do mojej Mamuśki Łośka, ona na tym punkcie ma świra, w szczególności jeśli chodzi o okres od sarmatyzmu…ja osobiście preferuję starożytność i to jest po prostu moje dziecko. Nauka i czytanie na ten temat nigdy mi się nie znudzi. Aktualnie, razem z moim bratem jesteśmy na etapie samodzielnych wycieczek po terenach Imperium Rzymskiego. Jednocześnie planujemy lepiej poznać procesy kształtowania się kultury i państw Anglosasów oraz całego terenu obecnej Skandynawii. Na długie wieczory polecam ich legendy, natomiast na kompletną depresję – biografię papieży tak do 1900 roku. ‘Nie ma lepszej komedii’ – jak to mawiał mój mentor w sprawach historii.
7. Uwielbiam Kubusia Puchatka – jeszcze z czasów dzieciństwa mam piękne, limitowane wydania, kasety oraz…całą zastawę ;) A tak całkiem szczerze, uważam tą książkę za jedną z nielicznych prawdziwych bajek, potrafiącą uczyć nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Mnie uczy do dzisiaj. Jeśli ktoś zapytałby mnie o wzorzec prawdziwych przyjaciół, na pewno przytoczyłabym Puchatka i Prosiaczka.
8. Mam obsesję na punkcie czystych butów. Traktuję je niemal jak jakiś rodzaj zwierzątka domowego. Oczywiście zdarza mi się mieć brudne – w szczególności Conversy, ale piorę je tak często, jak się da. Reszta butów przechodzi rutynowe czyszczenie przed każdym wyjściem. Jedynymi butami, jakich w życiu nie odważyłam się uprać są Emu. Nie zmienia to faktu, że są brudne i bardzo źle się z tym czuję.
9. Mam bardzo duże trudności z posługiwaniem się lewą ręką. Mogłabym powiedzieć, że ja nie mam dwóch rąk – mam tylko prawą i coś, co służy jako asystent dla mojej prawicy. Zawsze chwytam wszystko w prawą rękę – nawet torbę na ramieniu noszę tylko na prawej. Co najmniej do 18 roku życia nie potrafiłam obciąć sobie paznokci u prawej dłoni. Nauczyłam się trzymać nożyczki i jednocześnie ciąć całkiem niedawno. Jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, w momencie, gdy po wielu próbach nauczyłam się trzymać nożyczki lewą dłonią, czułam się co najmniej jak Einstein. Mimo wszystko, posługiwanie się lewą dłonią zawsze będzie dla mnie bardzo problematyczne.
10. Na świecie istnieją tylko dwie gazety, które kupuję po to, żeby je przeczytać i robię to faktycznie od deski, do deski, nie pomijając nawet reklam – „Podróże” i „Focus Historia”, chociaż ‘National Geographic Traveler” też nie pogardzę, ale jest on już znacznie bardziej ‘zaawansowany’ niż ‘Podróże’. Nie wyrzucam ani jednego egzemplarza z wyżej wymienionych – jeszcze się nie zdarzyło, żebym do któregoś nie wróciła.
Ahhhaaaaa...i do zabawy wciągam osoby, o których wiem bardzo niewiele, a chętnie dowiem się więcej: Fermina, Annie i Bloo :)))
My September
Nadal nie wierzę, że te wakacje tak szybko dobiegły końca...choć wrzesień nigdy nie oznaczał dla mnie pobytu w szkole, bo był miesiącem mojej najrzadszej aktywności w tym miejscu, to jednak ten rok jest wyjątkowy.
Tak jak reszta moich rówieśników, budzę się z 'Jezu, jak dobrze, że nie idę do szkoły' po czym zakrywam się kołdrą ponownie, ale tekst jedynej nauczycielki, którą szanowałam w szkole, zaczął do mnie docierać. Właśnie teraz.
To był mój ostatni dzień zajęć w liceum. Wychodziłam ze swojej ostatniej w życiu lekcji angielskiego, w której udział brały tylko dwie osoby - ja i mój kolega, pani profesor Anna B. zapytała mnie, czy cieszę się, że kończę szkołę. Wtedy to pytanie było dla mnie istnym debilizmem - oczywiście, że tak! Przecież wiedziała, że szkołę traktowałam na zasadzie "Dobra, zróbmy co mamy robić i idźmy do domu, bo mam ciekawsze rzeczy do roboty". Rzadko kiedy w szkole bywałam, zaliczyłam dywanik u dyrektora przypominającego z wyglądu rosyjskiego komunistę, non stop się wykłócałam z nauczycielami, prowadząc Nieustającą Wojnę Podjazdową trwającą równe 3 lata. Nigdy też nie pogodziłam się z panującymi w tym miejscu sztywnymi regułami, a na studniówkę zabrałam nikogo innego, jak moją najlepszą kumpelę. I nie, nie pozowałam do zdjęć z podwiązką na wierzchu(fuj!). Do końca życia będę też chlubiła się faktem, że już w drugim miesiącu mojej nauki w liceum, dorobiłam się nagany od dyrektora za "Nieodpowiedni strój do szkoły" (był zdania, że dekolt swetra 'w łódkę' służy do chodzenia na plażę). Tak oto w mojej szkole dorobiłam się tytułu nieułożonego buntownika (choć ja uważam, że taki tytuł do czegoś zobowiązuje, ja natomiast nie odwaliłam aż tylu numerów, żeby na niego zasłużyć. Poza tym, w tym miejscu każdy by zwariował...) za co przez równe trzy lata miałam konkretnie przesrane. Kontrolowano mnie na każdym kroku, a prywatny telefon komórkowy do mojej mamy, mój wychowawca miał chyba w skrótach klawiszowych, by w każdej chwili móc do niej zadzwonić/napisać sms o tym, jakim jestem okropnym dzieckiem.
Nigdy nie będę tęskniła za tym miejscem, choć niewątpliwie dzięki niemu nauczyłam się trudnej sztuki ignorowania tego, czego nie chcemy widzieć i zaakceptować, a jednak musimy z tym żyć. Nie mogę jednak nie przyznać racji profesor B. - "Wraz ze skończeniem liceum stajesz się już naprawdę dorosłym człowiekiem i tego nigdy nie cofniesz. Możesz być zdziecinniały, ale to nie zmienia faktu, że dorosłym już się stałeś i to Cię do czegoś zobowiązuje."
Teraz, gdy patrzę wstecz z pozycji wygodnego łóżka i wrześniowej wolności, gdy już zdążyłam się tym wszystkim nacieszyć i na nowo odzyskać bardziej ludzkie odczucia, stwierdzam, że miała zupełną rację. Nigdy już nie pójdę na 'wagary', nigdy też nie zrobię żadnemu nauczycielowi na złość i nikt już nigdy nie będzie myślał za mnie, gdy oleję jakiś termin. Prawda jest taka, że sama z siebie zrobiłam dorosłego, wtedy kiedy jeszcze mogłam być dzieckiem - pracowałam bez przerwy, odkąd miałam 15 lat, ciągle doszkalałam się w interesujących mnie dziedzinach, niezwiązanych ze szkołą, by móc się od niej kompletnie uniezależnić. By zawsze mieć jakąś alternatywę. Dzisiaj, choć dopięłam swojego celu, w jakiś sposób żałuję, że szkoła tak szybko się skończyła i nigdy nie wyląduję o 8.15 rano na historii, razem z Lace i bułkami wegetariańskimi, w naszej ostatniej ławce od ściany, nadrabiając zaległości w książkach, które aktualnie czytałyśmy, dyskutując o aktualnych cennikach linii lotniczych i równocześnie ozdabiając sobie organizery rysunkami naszego autorstwa. Te poranki to był naprawdę piękny czas...dopóki nie trzeba było iść na niemiecki ;)
Gdy Martyna zobaczyła mnie w tym stroju, stwierdziła - "Tak, wyglądasz jak Łosiek ze szkolnej ławy" i miała zupełną rację. Chyba tak wyglądałabym teraz idąc do szkoły - warstwy 'na cebulkę', ukochane legginsy i trochę kolorowych akcentów, żeby nie umrzeć z nudy, ale i jednocześnie nie dorobić się kolejnej nagany, bo za trzy się wylatywało. Bynajmniej mnie wylaliby na pewno, machając jeszcze 'na do widzenia'. Musiałam naprawdę dać im w kość...'yes, yes, yes!' ;D
Aż żałuję, że nie mogę opowiedzieć Wam o wszystkich numerach mojego autorstwa, dzięki którym udawało mi się jakoś usprawiedliwić nieobecne godziny...bo w mojej szkole potrzeba było dużej wiarygodności albo świetnej gry aktorskiej...aż sama nie wierzę, że mogłam wymyślić takie scenariusze, w które wplątane było masę osób. Nawet nieistniejących. Ocean's Eleven wymięka...przy mojej przyjaciółce w pełnej charakteryzacji, grającej hiszpańską delegatkę, usprawiedliwiającą tydzień mojej nieobecności na pewno ;)







Zestaw 'na Łośka ze szkolnej ławy' zawiera:
Trampy - Converse (upolowane na allegro za 59 zł! :D)
Getry - Cropp
Legginsy - Vila
Spódnica - Troll
Płaszcz - Carry
Granatowy sweter - Cubus
Koszula - kupiona bratu, ale wyszło, że jest za mała...więc została wykorzystana na potrzeby realizacji powyższej sesji ;) sh
Torebka - Nine West (noszenie takiego rozmiaru torebki było możliwe dzięki temu, że wszystko notowałam w wielkim segregatorze, z podziałem na przedmioty, co w mojej szkole było dość popularne...i naprawdę ułatwiało życie. Mimo wszystko i tak zazwyczaj nosiłam torby wielkości worka na kartofle ;))
Kolczyki-kokardy - DIY
PS. Ja naprawdę chyba już jestem mocno przeterminowanym dzieckiem, bo nie potrafię korzystać z huśtawki typu 'opona'. Upadek z niej czuję we wszystkich swoich kręgach do dzisiaj :/ ;)
Tak jak reszta moich rówieśników, budzę się z 'Jezu, jak dobrze, że nie idę do szkoły' po czym zakrywam się kołdrą ponownie, ale tekst jedynej nauczycielki, którą szanowałam w szkole, zaczął do mnie docierać. Właśnie teraz.
To był mój ostatni dzień zajęć w liceum. Wychodziłam ze swojej ostatniej w życiu lekcji angielskiego, w której udział brały tylko dwie osoby - ja i mój kolega, pani profesor Anna B. zapytała mnie, czy cieszę się, że kończę szkołę. Wtedy to pytanie było dla mnie istnym debilizmem - oczywiście, że tak! Przecież wiedziała, że szkołę traktowałam na zasadzie "Dobra, zróbmy co mamy robić i idźmy do domu, bo mam ciekawsze rzeczy do roboty". Rzadko kiedy w szkole bywałam, zaliczyłam dywanik u dyrektora przypominającego z wyglądu rosyjskiego komunistę, non stop się wykłócałam z nauczycielami, prowadząc Nieustającą Wojnę Podjazdową trwającą równe 3 lata. Nigdy też nie pogodziłam się z panującymi w tym miejscu sztywnymi regułami, a na studniówkę zabrałam nikogo innego, jak moją najlepszą kumpelę. I nie, nie pozowałam do zdjęć z podwiązką na wierzchu(fuj!). Do końca życia będę też chlubiła się faktem, że już w drugim miesiącu mojej nauki w liceum, dorobiłam się nagany od dyrektora za "Nieodpowiedni strój do szkoły" (był zdania, że dekolt swetra 'w łódkę' służy do chodzenia na plażę). Tak oto w mojej szkole dorobiłam się tytułu nieułożonego buntownika (choć ja uważam, że taki tytuł do czegoś zobowiązuje, ja natomiast nie odwaliłam aż tylu numerów, żeby na niego zasłużyć. Poza tym, w tym miejscu każdy by zwariował...) za co przez równe trzy lata miałam konkretnie przesrane. Kontrolowano mnie na każdym kroku, a prywatny telefon komórkowy do mojej mamy, mój wychowawca miał chyba w skrótach klawiszowych, by w każdej chwili móc do niej zadzwonić/napisać sms o tym, jakim jestem okropnym dzieckiem.
Nigdy nie będę tęskniła za tym miejscem, choć niewątpliwie dzięki niemu nauczyłam się trudnej sztuki ignorowania tego, czego nie chcemy widzieć i zaakceptować, a jednak musimy z tym żyć. Nie mogę jednak nie przyznać racji profesor B. - "Wraz ze skończeniem liceum stajesz się już naprawdę dorosłym człowiekiem i tego nigdy nie cofniesz. Możesz być zdziecinniały, ale to nie zmienia faktu, że dorosłym już się stałeś i to Cię do czegoś zobowiązuje."
Teraz, gdy patrzę wstecz z pozycji wygodnego łóżka i wrześniowej wolności, gdy już zdążyłam się tym wszystkim nacieszyć i na nowo odzyskać bardziej ludzkie odczucia, stwierdzam, że miała zupełną rację. Nigdy już nie pójdę na 'wagary', nigdy też nie zrobię żadnemu nauczycielowi na złość i nikt już nigdy nie będzie myślał za mnie, gdy oleję jakiś termin. Prawda jest taka, że sama z siebie zrobiłam dorosłego, wtedy kiedy jeszcze mogłam być dzieckiem - pracowałam bez przerwy, odkąd miałam 15 lat, ciągle doszkalałam się w interesujących mnie dziedzinach, niezwiązanych ze szkołą, by móc się od niej kompletnie uniezależnić. By zawsze mieć jakąś alternatywę. Dzisiaj, choć dopięłam swojego celu, w jakiś sposób żałuję, że szkoła tak szybko się skończyła i nigdy nie wyląduję o 8.15 rano na historii, razem z Lace i bułkami wegetariańskimi, w naszej ostatniej ławce od ściany, nadrabiając zaległości w książkach, które aktualnie czytałyśmy, dyskutując o aktualnych cennikach linii lotniczych i równocześnie ozdabiając sobie organizery rysunkami naszego autorstwa. Te poranki to był naprawdę piękny czas...dopóki nie trzeba było iść na niemiecki ;)
Gdy Martyna zobaczyła mnie w tym stroju, stwierdziła - "Tak, wyglądasz jak Łosiek ze szkolnej ławy" i miała zupełną rację. Chyba tak wyglądałabym teraz idąc do szkoły - warstwy 'na cebulkę', ukochane legginsy i trochę kolorowych akcentów, żeby nie umrzeć z nudy, ale i jednocześnie nie dorobić się kolejnej nagany, bo za trzy się wylatywało. Bynajmniej mnie wylaliby na pewno, machając jeszcze 'na do widzenia'. Musiałam naprawdę dać im w kość...'yes, yes, yes!' ;D
Aż żałuję, że nie mogę opowiedzieć Wam o wszystkich numerach mojego autorstwa, dzięki którym udawało mi się jakoś usprawiedliwić nieobecne godziny...bo w mojej szkole potrzeba było dużej wiarygodności albo świetnej gry aktorskiej...aż sama nie wierzę, że mogłam wymyślić takie scenariusze, w które wplątane było masę osób. Nawet nieistniejących. Ocean's Eleven wymięka...przy mojej przyjaciółce w pełnej charakteryzacji, grającej hiszpańską delegatkę, usprawiedliwiającą tydzień mojej nieobecności na pewno ;)







Zestaw 'na Łośka ze szkolnej ławy' zawiera:
Trampy - Converse (upolowane na allegro za 59 zł! :D)
Getry - Cropp
Legginsy - Vila
Spódnica - Troll
Płaszcz - Carry
Granatowy sweter - Cubus
Koszula - kupiona bratu, ale wyszło, że jest za mała...więc została wykorzystana na potrzeby realizacji powyższej sesji ;) sh
Torebka - Nine West (noszenie takiego rozmiaru torebki było możliwe dzięki temu, że wszystko notowałam w wielkim segregatorze, z podziałem na przedmioty, co w mojej szkole było dość popularne...i naprawdę ułatwiało życie. Mimo wszystko i tak zazwyczaj nosiłam torby wielkości worka na kartofle ;))
Kolczyki-kokardy - DIY
PS. Ja naprawdę chyba już jestem mocno przeterminowanym dzieckiem, bo nie potrafię korzystać z huśtawki typu 'opona'. Upadek z niej czuję we wszystkich swoich kręgach do dzisiaj :/ ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






