sobota, 18 czerwca 2011

Mały Traktat o tym, jak wyglądać, wychodząc po bułki.

Spieszę, by donieść Wam, że udało mi się przeżyć wesele, z którego to nie udało mi się wymigać żadną miarą. Z przerażeniem stwierdzam nawet, że było całkiem odlotowo - a to wszystko dzięki temu, że impreza posiadała Cztery-Czynniki-Umożliwiające-Przeżycie-Wesela-Bez-Późniejszej-Traumy:

1. Świetna, otwarta rodzina z poczuciem humoru tego kalibru, który uniemożliwia zjedzenie choćby pół krokieta bez maksymalnego skupienia na tym, by krokiet pozostał tam, gdzie krokiet powinien się znajdować. I nie, miejscem krokieta nie jest wiązanka stojąca przed Tobą na stole.

2. Mała ilość zaproszonych gości i ich dzieci o aparacie gębowym, wyposażonym w umiejętność nadawania na wysokości fal dźwiękowych, charakterystycznych dla orek, delfinów i waleni.

3. Miejsce, którego nie można nazwać 'domem weselnym', tylko przyjemnym, małym pałacem na uboczu...i to w dodatku 'zapach bigosu' free.

4. Brak zbyt dużego nagromadzenia na metr kwadratowy wujków, składających Ci szeroki wachlarz propozycji - od matrymonialnych, po udziały w zysku ze sprzedaży wykręconych, złotych klamek.


Tak więc cała, zdrowa i wolna od myśli, od których mógłby mnie uwolnić tylko dobry psychiatra, przeżyłam wesele całkiem obcych ludzi i byłam naprawdę zadowolona, że udało mi się przełamać...ale nie myślcie sobie zaraz, że od tej pory będę wielkim fanem tego typu imprez i nie przepuszczę nawet jednej, choćbym miała plus tysiąc gorączki i półpaśca. Nic z tych rzeczy - nadal nie lubię wesel, nie zamierzam porzucić swego krętactwa o wieloletniej tradycji - ja po prostu dopuszczam możliwość pojawienia się na weselu organizowanym przez jedną, konkretną rodzinę. Cała reszta może błagać na kolanach i codziennie wysyłać mi pocztą kwiatową bukiet z pięćdziesięciu strelicji królewskich - a i tak się nie pojawię :D


To było słowem wstępu, natomiast ja dzisiaj o czymś zupełnie innym - dzisiaj chciałam przedstawić Wam swój punkt widzenia na temat stroju, w jakim powinno się wykonywać prace domowe. W związku ze swoją rzadką aktywnością w blogosferze, miałam całkiem dużo czasu, by pomyśleć o tym, jak świat idzie do przodu, jacy wszyscy się robią glamour i stwierdziłam, że nie mogę dalej wychodzić do supermarketu po bułki w dresiku i koszulce Stonesów. Ludzie naprawdę się starają - prezentują w jakich majtkach powinno się spędzać sobotnie popołudnie, jakie szpilki założyć, wychodząc z psem na spacer po bezludnych polach, czy w jaki sposób połączyć nakrycie głowy z torebką, by pasowało do koloru plastikowego worka na śmieci i komponowało się z aurą ciepłego, letniego wieczoru - a ja do tej pory tak bezczelnie grzeszyłam tym swoim szarym dresem. Co za ignorancja...ale ja to wszystko przemyślałam i wyciągnęłam poprawne wnioski. Postanowiłam się zmienić. Teraz w niczym nie ustępuję konkurencji. Poniżej zobaczycie mój strój domowy, w którym piorę, sprzątam i gotuję - ocenę mej metamorfozy pozostawiam w Waszych rękach :)




2


3


4


7


5


6


8


9




'Uniform of a real housewife':

Buty - Mozzini, Humanic
Sukienka - Monnari
Pasek - H&M
Sweter - Dunnes Stores, sh
Pierścionki - Pull&Bear (z różą), Orsay (cielisty)
Kolczyki - Bijou Brigitte
Fartuch - Ikea
Rękawica - ?
Gumowe, żółte rękawice w stylu vintage - bezcenne, są w rodzinie od pokoleń ;)

About Me

Moje zdjęcie
Łucja
W wiecznym pośpiechu, codziennie szukam inspiracji. Ponieważ każdy mój dzień jest nowym wyzwaniem, któremu muszę kreatywnie sprostać, dzielę się kawałkiem całkiem zwykłych i niezwykłych rzeczy, na jakie trafiam w poszukiwaniu motywacji do pracy :) Aha...i nigdy nie chodzę na łatwiznę.
Wyświetl mój pełny profil

Mail me at:

lucias.patterns@gmail.com

Mój Blip

My bloglovin:

Follow Lucias Patterns

Archives

Voyeurs :)

POMÓŻ

Mój pajacyk